
TRASA I
TRASA II
TRASA III
TRASA IV
TRASA V
TRASA VI
TRASA I
WAŁBRZYCH NOWE MIASTO
ul. 11 listopada (dawniej 22 lipca) – plac Górnika – ul. Piłsudskiego (dawniej Świerczewskiego) – ul. Namysłowskiego – ul. Żytnia – ul. Chopina – pl. Powstańców Warszawy (dawniej Wery Kostrzewy) – ul. Staszica – pl. Konstytucji 3 Maja (dawniej Bolesława Bieruta) – ul. Psie Pole – Mauzoleum
Powieści związane z trasą:
• Joanna Bator, Gorzko, gorzko, Wydawnictwo Znak, Kraków 2020
• Joanna Bator, Piaskowa Góra, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009
• Joanna Bator, Ciemno, prawie noc, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012
Główne miejsca powieści Gorzko, gorzko to wieś Sokołowsko, dawniej Görbersdorf, oraz wałbrzyska dzielnica Nowe Miasto.
Czas akcji obejmuje okres od roku 1938 do lat 20. XXI wieku, lecz w tzw. przedakcji wspomina się również wydarzenia wcześniejsze, np. I wojnę światową czy przemówienie, które w roku 1932 wygłosił Adolf Hitler na stadionie Nowego Miasta (wówczas Neustadt).
Narratorka, Kalina Serce, określa snutą przez siebie opowieść jako dziurawy „patchwork na cztery historie”: swojej prababki, babki, matki i własną.
Trasa I wiąże się z losami Barbary, Violetty i Kaliny, a jej punktem centralnym jest kamienica na placu Górnika, w której mieszkają.
Poruszajac się śladami bohaterek oraz licznych postaci z nimi związanych, możemy zwiedzić niemal całe Nowe Miasto, czyli powstałą w roku 1880 reprezentacyjną dzielnicę niemieckiego Waldenburga, i przyjrzeć się przemianom, jakim podlegała po II wojnie światowej, gdy zaludnili ją przybywający z różnych stron Polacy.
Nowe Miasto pojawia się także w innych powieściach Joanny Bator, objawiając swoje mroczne oblicze.
Bohaterka Piaskowej Góry, Dominika Chmura, uczęszcza do tutejszego liceum, które uchodzi za najlepsze w Wałbrzychu.
Ze szkołą sąsiaduje szpital, do którego trafia po nieudolnie przeprowadzonej aborcji jej matka.
Nieopodal znajduje się „niewysokie wzgórze wyrastajace w srodku Wałbrzycha”, czyli park Sobieskiego, po którym grasują kolejne pokolenia ekshibicjonistów i można natknąć się na zwłoki prostytutki.
W Ciemno, prawie noc na Nowym Mieście ginie pierwsze z porywanych w tej powieści dzieci, a narratorka pisze:
„Ta dzielnica, rozciągająca się na Parkowej Górze i Niedźwiadkach, powstała jako luksusowa i nowoczesna część Wałbrzycha, ale po wojnie szybko zeszła na psy.Jedno z najładniej położonych i najciekawiej zaprojektowanych osiedli, które trafiło się Polsce z drugiej ręki, powoli stawało się slumsem,
ale Nowe Miasto nadal miało urok niczym zniszczone ciało rozpięte na szlachetnie uformowanych kościach”.
OPIS TRASY I
– zakład pogrzebowy Styks – miejsce pracy Barbary – ul 22 lipca
– Bar Rybka – Violetta z Edyta Pacułą – 22 lipca (11 listopada 58, obecnie kwiaciarnia)

– Pl. Górnika, miejsce zamieszkania Barbary, Violetty, Kaliny Serce
„Jaki plac, to tylko beznadziejne skrzyżowanie paskudnych ulic”
● Miejsca w pobliżu: działki, sklep „Warzywniak” Papugowej, piekarnia, szkoła podstawowa, obecnie market Polo,
– ulica Świerczewskiego ( obecnie Piłsudskiego), wędrówka ul. Namysłowskiego w kierunku ul. Żytniej
● Po drodze oglądamy płaskorzeźby umieszczone na frontach budynków przy ul. Kazury od nr 2 do 12
– Ul. Żytnia, miejsce zamieszkania lekarki, dr Gacek zatrudniającej Barbarę, miejsce poznania Barnaby

– Ul Chopina praca Barbary u Feliksa Matuszczaka, opieka nad Brunhildą Hohfens wiolonczelistką.

– Plac Powstańców Warszawy – Liceum miejsce nauki Violetty i Kaliny, Szpital Położniczy, Stadion sportowy
● Ulica Staszica, kino Oaza
– Ul. Piłsudskiego, Plac Konstytucji 3 Maja, ul. Samosierry
– Spacer ul. Psie Pole
– Ul. Nowowiejska PSP nr 23
– wędrówka przez zagajnik na wzgórze gdzie znajduje się Mauzoleum

CYTATY
HERMSDORF-Sobięcin
-Niechciejka powierzono siostrom zakonnym z górniczego Hermsdorfu koło Waldenburga. Znalazła się w sierocińcu imienia św. Barbary, który niedawno z rak elżbietanek przejęły siostry zakonne zgromadzenia Notre Dame, ale i tak podopiecznych nadal nazywano barbankami, co brzmiało niebezpiecznie podobnie do barbarzyńców.
-Dołączając zdjęcie do kartotek niechciejków pozostałych pod opieką zakonnic z Hermsdorfu, który po wojnie zostanie polskim Sobięcinem, zwanym też Żydowską Palestyną.
ŻYTNIA
-Zaczęła więc Barbara Serce chodzić po domach, pukać do drzwi i powtarzać słowa Cyganki, że zbiera stare szmaty, niepotrzebne klamoty, a kiedy trafiła na kogoś litościwego, dostawała bułkę, kawałek sera czy nawet ciasta. Bywało, że zamiast tego spotykały ją wyzwiska albo po prostu zamykano jej drzwi przed nosem, ale ani to Barbary nie zrażało, ani nie wzruszyła jej nagła hojność. Zaczęła więc zataczać szersze koło. Na Żytniej dostała płaszcz i czerwony wełniany beret z antenką choć, gdy drzwi otworzyła jej ciemnowłosa kobieta, nie miała nadziei na łup, bo za jej plecami zobaczyła przedpokój pełen książek i kota, a kto bogaty trzyma w domu zwykłego dachowca. A jednak to w domu na Żytniej dostała porządny płaszcz, w którym na próżno szukała wad i śmieszny czerwony beret. Stał się jej ulubionym nakryciem głowy na kolejne trzydzieści lat. Mieszkańcy dzielnicy przywykli do widoku kobiety o posturze dziecka ubranej w jodełkowe palto, kraciaste portki i nakrycie głowy w kolorze maków. Ktoś rzucił, Czerwony Kapturek znów zapierdala i Barbara Serce została Czerwonym Kapturkiem.
-Nigdzie nie pracowała dłużej aż do dnia, w którym na stałe zatrudniła ją Kornelia Gacek, ginekolożka z ulicy Żytniej, ta sama co kiedyś podarowała jej płaszcz i beret. Zajmowała się odtąd trzypokojowym mieszkaniem pełnym książek i przedmiotów tak dziwnych jak nóż służący do otwierania listów albo miotełka do zamiatania okruchów ze stołu.
CHOPINA
– Pewnego marcowego wieczoru Barbara dotarła do pięknej ulicy Chopina na wzgórzu koło stadionu i wstrząsnął ją nagły błysk rozpoznania gwałtowny jak skurcz. Czy była tu wcześniej? Kiedyś, w innym życiu? W głowie tłukł jej się jakiś zapach, dźwięki przejmujące do kości, słoik miodu, z którego jadła łapczywie. Patrzyła na dostojne trzypiętrowe domy z wielkimi oknami, za którymi zapalały się kolejne światła, rozjaśniając eleganckie wysokie pomieszczenia ze stiukowymi sufitami. Wtedy było ciemno, szepnęło jej coś w pamięci po niemiecku.
-Brunhilda, w skrócie Brunia, po wojnie poślubiła młodszego Polaka i już po yrzech miesiącach owdowiała. Matuszczak był jej pasierbem, i jak po kilku tygodniach zorientowała się Barbara, grubą rybą w ich mieście. Jeździł warszawą i nosił teczkę, a to, jak wiedziała Barbara zawsze świadczyło o wysokiej pozycji społecznej.
-Po pogrzebie Matuszczak wypowiedział jej pracę. Barbara zobaczyła go dopiero po dwóch latach na zdjęciu w „Trybunie Wałbrzyskiej” „Siedział na ławie oskarżonych, wychudły i przerażony. Został skazany na 20 lat więzienia za udział w aferze mięsnej, o której mówiło całe miasto.
-To dzięki aferze mięsnej znalazłam ślad Brunhildy a w wałbrzyskim antykwariacie wygrzebałam płytę z jej nazwiskiem, Brunhilda Hohenfels, wiolonczela. Oczarowała mnie jej wirtuozeria i fantazjuję niekiedy, że moją babcię zawiodła do drzwi Matuszczaków ukryta pamięć i że to Brunhilda zaopiekowała się sześciolatką po ucieczce z płonącego sierocińca, po wkroczeniu Armii Czerwonej. Zapewne jednak zdanie Buni, że chowała się u takiej jednej, co dała jej słoik miodu, powtarzane zawsze, gdy pozwalała sobie na ten smakołyk, dotyczy kogoś, do czyjego domu i imienia zarosły już wszystkie ścieżki pamięci.
Dworzec Miasto – kino Apollo – ul. Pocztowa – hotel Sudety – Nowe Miasto – Mauzoleum – Park Sobieskiego – Rynek – Kościół M.B. Bolesnej – kawiarnia Zielona Sofa
Powieści związane z trasą:
• Joanna Bator, Gorzko, gorzko, Wydawnictwo Znak, Kraków 2020
• Joanna Bator, Piaskowa Góra, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009
• Joanna Bator, Ciemno, prawie noc, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012
• Joanna Bator, Ucieczka niedźwiedzicy, Wydawnictwo Znak, Kraków 2022, opowiadania Hotel Sudety i Tikkun Olam
Piaskowa Góra – tu Jadzia Maślak wpada na Dworcu Miasto w ramiona Stefana Chmury
(Jadzia luba to jego wisienka na deserze. Niech wszyscy wiedzą, jak było, mimo iż Jadzia kopie go pod stołem i prosi, Stefek, przestań się wygłupiać. Ale niech ktoś spróbuje powstrzymać Stefana komedianta. Barkami markuje kroki, daszkiem dłoni podkreśla, jak to nagle Jadzię na schodach dworca zobaczył w potrzebie. I zaraz potem kulminacja łapania i spadania, spadania i łapania grand finale. Jadzia spada, a Stefan, górnik o wzroku orlim i ramionach gladiatora, ją łapie, cap. Hosanna!)
Ucieczka niedźwiedzicy, opowiadania Hotel Sudety i Tikkun Olam
(Tikkun Olam: Pracowałam z Filipem wiele razy, bo podzielałam jego wizje. To on kupił hotel Sudety w Wałbrzychu po strajku dzikich lokatorów, którzy nie wpuścili na jego teren ekipy wyburzeniowej, wezwanej przez poprzedniego właściciela. Jeden ze squattersów, stary górnik w galowym mundurze, podpalił się w akcie protestu i wtedy szary kolos zaistniał w światowych mediach. Głos w imieniu mieszkańców zabierała dziewczyna z ogoloną głową, piękna jak rozgniewana Atena. Filip miał ambitny plan, pragnął stworzyć nowoczesny hotel, który byłby jednocześnie pomnikiem i muzeum minionej epoki, a siódme piętro miało pozostać w rękach dotychczasowych dzikich lokatorów i służyć jako schronienie dla tych, którzy wypadli z systemu. Obiecywał, że każdy może zostać na siódmym, jak długo zechce, pracując na miarę swoich talentów i możliwości. Marzyciel!)
OPIS
Trasę II przemierzamy z powieściami i opowiadaniami Joanny Bator. W dzielnicy Stary Zdrój sąsiadują ze sobą: Dworzec Miasto, przed którym splatają się losy Jadzi Maślak i Stefana Chmury z powieści Piaskowa Góra, oraz nieczynny Hotel Sudety, gdzie na fantasmagorycznym VII piętrze rezyduje grupa dzikich lokatorów (opowiadania Tikkun Olam i Hotel Sudety z tomu Ucieczka niedźwiedzicy). Na Nowym Mieście rozgrywają się historie bohaterek Gorzko, gorzko, a swoje śledztwo w sprawie porywanych i mordowanych dzieci zaczyna Alicja Tabor, bohaterka i narratorka Ciemno, prawie noc. Przy wałbrzyskim Rynku mieści się kawiarnia Zielona Sofa, w której narratorka opowiadania Być jak Tom Bombadil (Ucieczka niedźwiedzicy) spotyka mężczyznę o przezwisku Tom Bombadil, jednego ze squattersów hotelu Sudety.
OPIS TRASY II
Wycieczka śladami bohaterów powieści Joanny Bator „Ciemno prawie noc” i „Ucieczka Niedźwiedzicy”
1. Spotkanie przy schodach wałbrzyskiego Dworca Miasto, skąd dobrze widać fasadę zakładu Kalkomania.

2. Z Dworca miasto kierujemy się w stronę kina Apollo, mijając po drodze cukiernię Oleńka, a potem, przez podwórka, przechodzimy do ulicy Pocztowej.
3. Przechodzimy całą ulicę Pocztową, zatrzymując się także przy Dworze pod Lwami, ponieważ jest to okazja, aby wspomnieć o świetnej historii Starego Zdroju.
4. Dochodzimy do Hotelu Sudety i stajemy od frontu, przy falistym zadaszeniu.

5. Od tyłu Hotelu Sudety przechodzimy aleją parkową, a następnie pniemy się w górę ulicą Kombatantów. U szczytu ulicy wspominamy Nauczycielskie Kolegium Języków Obcych i inne szkoły, które miały swoją siedzibę w tym budynku, którego ruina tak straszy, że zapewne wkrótce zostanie opisana w kolejnej powieści Joanny Bator.
6. Ścieżką po prawej stronie przechodzimy do stawu na Nowym Mieście. Stojąc przy zabytkowym dębie, opowiadamy także o dzielnicy Nowe Miasto, ulicy 11 listopada.
7. Dróżką przez ogródki działkowe, a dalej brukowaną ulicą, idziemy przez Nowe Miasto i zatrzymujemy się na skwerku między I Liceum a Szpitalem Położniczym.
8. Stąd niedaleko by nam było do Mauzoleum, tym razem nie odwiedzimy jednak tego miejsca, ponieważ przechodzimy przez park Sobieskiego, obok II Liceum (równie pięknego i ciekawego miejsca) i idziemy do centrum.
9. Stajemy na Rynku przy Bibliotece pod Atlantami.

10. Tuż obok odwiedzamy maleńki kościółek Matki Boskiej Bolesnej. I wspominamy nieistniejącą już kawiarnię Madras.

11. Wycieczka kończy się w kawiarni Zielona Sofa, w której spotykali się także bohaterowie powieści „Ucieczka Niedźwiedzicy”.
CYTATY
Joanna Bator, Ciemno, prawie noc (CPN)
(CPN) […] str. 13 Alicja Pancernik przyjeżdża do Wałbrzycha, aby badać okoliczności zaginięcia trojga dzieci. Wysiada na dworcu Wałbrzych Miasto i opisuje jego najbliższe okolice.
Dworzec Miasto – Fabryka kalkomanii
Gdy dojechałam do Wałbrzycha, byłam wyczerpana i przez chwilę stałam na opustoszałym, tonącym w lodowaty m deszczu peronie, wdychając zapach węglowego pyłu. Patrzyłam na ludzi szybko znikających w podziemny m przejściu i ogarniało mnie poczucie samotności tak dojmującej, że z trudem zmusiłam się, by ruszy ć w kierunku dworca. Budynek w środku okazał się wymarły. Na ścianie ktoś napisał „Górnik chuje” i „Górnik pany ”, może przy jezdny sam miał dokonać wyboru, by przy pieczętować swój los, zanim jeszcze wyjdzie w miasto. Na zewnątrz pod ścianą dworca przycupnął bezdomny albo pijak, a ja pomyślałam, jak kupa szmat, i uczepiłam się tego wy świechtanego określenia niczym ostatniej deski ratunku w zalewający mnie smutku. Nie miałam siły, by podejść i zapytać, czy nieznajomy potrzebuje pomocy. Lodowaty deszcz padał z taką zaciętością, że wydawał się nierealny niczym filmowa scenografia porzucona w popłochu przez aktorów. Zarys masywnego budynku z łukowato zwieńczonymi oknami i wieżyczką na szczycie, w którym kiedyś mieściła się fabryka kalkomanii, odcinał się na tle stalowego nieba. Gdy fabryka działała, powietrze wokół miało chemiczny, słodkawy zapach, taki sam jak namoczone w wodzie kartki z obrazkami, którymi moja siostra ozdabiała drzwi w naszym domu. Fiołki i konwalie z kalkomanii, przejrzyste i delikatne jak naskórek, Ewa z dłońmi zanurzony mi w wodzie. Uderzyła mnie siła tego obrazu, który nagle pojawił się pod moimi powiekami niczym duch z węglowego pyłu i łez. […]
(CPN) Str. 16
Alicja Pancernik jedzie taksówką z dworca Wałbrzych miasto do domu swojego ojca i opisuje mijane miejsca: kino Apollo, cukiernia Oleńka, ulica Pocztowa Patrzyłam na uśpione miasto, a każde miejsce, które pozostało niezmienione, budziło we mnie jednocześnie niechęć i satysfakcję, jaką daje rozpoznanie po latach pejzażu nieszczęśliwego dzieciństwa: kino Apollo z obdrapaną fasadą w jagodowym kolorze, cukiernia Oleńka, wciąż oferująca pączki i torty okolicznościowe, resztką sił trzymające się w pionie romskie kamienice przy ulicy Pocztowej. […]
(CPN) Str. 32 -33
Alicja Pancernik wspomina opowieści o księżnej Daisy, jakie snuł jej ojciec dla niej i dla jej siostry Ewy. Opowiadania łączą się ze wspomnieniami centrum Wałbrzycha – znajdującą się przy Rynku kawiarnią Madras i basiami – jej ulubionymi ciastkami. […] Ulubiony przez Ewę fragment opowieści ojca dotyczył wyprawy księżnej Daisy do Egiptu. „ […] W Egipcie, siostrzyczko, słońce jest pięć razy większe niż tu, a w południe od jego promieni dżentelmeni zapalają fajki. Pyk, pyk, puszczają dym, który pachnie jak świeże basie z bitą śmietaną”. Basie, najlepsze na świecie ciastka z kawiarni Madras wałbrzyskim rynku, basiowy dym, łykałam ślinę, a moja siostra mówiła o Daisy: […]
(CPN) Str. 38-39-40
W pliku OKOLICZNOŚCI Alicja Pancernik gromadzi informacje na temat wydarzeń poprzedzających zniknięcia wałbrzyskich dzieci. Mają one miejsce w dzielnicy Rusinowa, na Sobięcinie i na Rynku.
[…] W styczniu spłonęło prywatne schronisko dla zwierząt w dzielnicy Rusinowa na obrzeżach miasta. Nieoficjalne przytulisko prowadziła w swoim domu Małgorzata Felis, lat sześćdziesiąt siedem, emerytowana archiwistka i miejscowa dziwaczka, samotna. Ktoś nocą oblał budynki benzyną i podłożył ogień. Zginęła właścicielka i niemal wszystkie koty, które zimą spały w zamkniętych pomieszczeniach. Sto dwadzieścia siedem kotów, jak skrupulatnie policzono, a ja wyobraziłam sobie sto dwadzieścia siedem zwęglonych ciałek wielkości noworodków i dym unoszący się ze zgliszczy ubogiego domku z pustaków. Do tej pory nie znaleziono sprawców i ta zbrodnia nie budzi wielkich emocji, bo kogo obchodzi stara wariatka i gromada niechcianych zwierząt? […] Sprawa spalonego domu szybko więc cichnie. W mieście narasta za to niezadowolenie z powodu biedy i bezrobocia. W poniemieckiej dzielnicy Sobięcin, jednej z najbiedniejszych w tym niebogatym mieście, spod ziemi wydobywa się siarkowodór, a mieszkańcy peerelowskich blokowisk i starych kamienic narzekają na plagę karaluchów jakiej nie było od lat. W kwietniu ginie pierwsze dziecko, dziewczynka. Dwa miesiące później chłopczyk i tuż przed moim przyjazdem następna dziewczynka. […] W sierpniu na arenie wydarzeń, a dokładnie w wałbrzyskim rynku, przy nowej fontannie z czarnego kamienia, pojawia się Jan Kołek, były górnik. W biedaszybie przemówiła ponoć do niego Matka Boska Bolesna. Przez chwilę patrzę na ciemną, chudą twarz wizjonera. Jak Kołek stoi na tle fontanny, która na zdjęciu wygląda jak sarkofag. […]
(CPN) Str. 40-41 Alicja Pancernik bada okoliczności zaginięcia Angeliki Mizery.
Nowe Miasto – Plac Grunwaldzki – pomnik górnictwa
Pierwsza przepadła sześcioletnia Angelika Mizera z Nowego Miasta. […] Drugiego kwietnia tego roku od rana padał śnieg i Angelika poszła pod wieczór na sanki z młodszym bratem i psem. Brat Oskar, pies pirat. Zjeżdżali z górki niedaleko swojej kamienicy, przy stawie otoczonym zaroślami czarnego psu i karłowatych modrzewi, który dobrze pamiętam z dzieciństwa. Mogłam sobie wyobrazić mokry kwietniowy śnieg, podobny do tego, który spada w tym mieście już w listopadzie, zapowiadając długą zimę, płozy sanek grzęznące w burej brei, obłoczki pary i ślady stóp. Gdy dzieci nie wróciły do domu, rozpoczęto poszukiwania. Dokładnie nie wiadomo, kiedy zauważono ich nieobecność, ale brata dziewczynki znaleziono dopiero rano, błąkał się w okolicach pomnika górnictwa na placu Grunwaldzkim. Chłopiec, ponoć opóźniony w rozwoju, nie potrafił powiedzieć, co stało się z jego siostrą i psem i jak znalazł się tak daleko od domu. […]
(CPN) Str. 41-42-43 Alicja Pancernik bada okoliczności zaginięcia Patryka Miłki
Supermarket Real -Stary Zdrój – ulica Pocztowa
W czerwcu przepadł bez wieści Patryk Miłka, jedyny chłopiec w tym towarzystwie, niedosłyszący pięciolatek wychowywany przez babcię na Sobięcinie, która ponoć tylko na chwilę spuściła go z oczu w supermarkecie Real. Mimo iż dziecko znikło w biały dzień w ruchliwym sklepie, nie ma świadków, a kamery nie zarejestrowały niczego podejrzanego. Co więcej, na nagraniu widać podobno, jak babcia tego dnia wchodzi i wychodzi sama, a nie z wnuczkiem, który rzekomo zgubił się jej w dziale ze słodyczami, przy ulubionych jajkach z niespodzianką.
[…] Po zniknięciu chłopca plotka o porywającej dzieci cygańskiej szajce z ulicy Pocztowej była wystarczająco dojrzała, by rozsypać się jak makówka. Jak wyraziła się zagadnięta przez dziennikarkę duża kobieta z wąsikiem: „A kto niby powiedział, że Cygan nie może być pedofilem czy innym?” Wielu mieszkańców miasta podzielało zdanie wąsatej i składało donosy. Policja przesłuchała dwie kobiety romskiego pochodzenia, siostry Luludię i Donkę S., przeszukała mieszkanie niejakiego Albina K. z tej samej romskiej dzielnicy na Starym Zdroju, ale nie natrafiono na żaden ślad. […] W tym czasie na Pocztowej, głównej ulicy ubogiego romskiego zakątka, doszło do bijatyki, w której ucierpiało dwóch Romów i tyluż intruzów z kijami bejsbolowymi.
(CPN) Str. 43-44-45 Alicja Pancernik opisuje okoliczności towarzyszące zniknięciu dzieci
Jan Kołek i kościół Matki Boskiej Bolesnej koło Rynku
Jan Kołek, wizjoner, przekonywał ludzi że to Matka Boska Bolesna zabrała dzieci do siebie i do końca życia trzymał się swojej wersji.
[…] Brak postępów w śledztwie doprowadził do ogólnego zniechęcenia i media z ulgą zwróciły się w kierunku nowej sensacji, w której był przynajmniej trup. Trup Jana Kołka. „ Azaliż ja szary obywatel i robak nędzny ten honor dostałem z niebiesiech że Przenajświętsza Matka Boska Bolesna na posłańca swych słów mnie wybrała nędznego robaka” tak brzmiał początek proroctw Jana Kołka, które wygłaszał w wałbrzyskim rynku. Podobała mi się chuda, ciemna twarz Jana Kołka, intrygująca jak książka z dobrym tytułem, i byłam gotowa uwierzyć, że przeżył coś niezwykłego z lokalną Matką Boską, gdy zasypało go pod ziemią na trzy dni i noce. Z czegoś takiego nikt nie wychodzi bez szwanku i z pewnością Jan Kołek mógł spotkać w biedaszybie mniej przyjaźnie nastawione postaci, na przykład żądnych zemsty żydowskich więźniów obozu Gross-Rosen, który tu pomordowano i zakopano gdzieś w lesie pod Zamkiem Książ. Gotycka figurka Matki Boskiej Bolesnej przechowywana jest w niewielkim przysadzistym kościele pod jej wezwaniem w centrum Wałbrzycha, przy placu Kościelnym. Świątynia, mimo iż gruntownie przebudowana w osiemnastym wieku, zachowała swoją pierwotną przyziemną okrągłość i obie z Ewą lubiłyśmy to miejsce. Według legendy tu, gdzie teraz stoi kościół, biło niegdyś źródło, wokół którego powstała pierwsza wałbrzyska osada. Górnicy w drodze do pracy pili z niego wodę i wierzono, że chroni ona przed złem, które czyha na nich pod ziemią. Matka Boska Bolesna napoiła Jana Kołka tą właśnie wodą, którą podała mu w złożonych dłoniach. „Zaprawdę woda ta była jak życie” chwalił jej smak, gdy wykopali go z bieda szybu. Ewa mówiła o Matce Boskiej Bolesnej „mamusia” z ironią i tęsknotą, którą pokrywała śmiechem, i gdy nie miałyśmy chęci na Bibliotekę pod Atlantami, a na Basię z Madrasu brakowało nam pieniędzy, szłyśmy do mamusi. Przed południem oprócz nas często nie było w kościele nikogo i mogłyśmy podejść blisko, by do woli przyglądać się figurce ponurej kobiety z martwym Jezusem na kolanach. Moja siostra utrzymywała, że Matka Boska wyglądałaby o wiele lepiej z kotami niż z tym smętnym trupkiem, jak określała Bożego syna. Kiedyś Ewa postanowiła zajrzeć za ołtarz, a ja jak zawsze poszłam za nią, i zobaczyłyśmy murowaną studzienkę, która była wprawdzie sucha, ale ucieszyłyśmy się, że źródło istniało naprawdę. Może górnicy wypili wszystką wodę, choć bardziej prawdopodobne, że to górnictwo wysuszyło studnię, tak jak zniszczyło dawne mineralne źródła na Starym Zdroju. Twarz Matki Boskiej Bolesnej nie podobała się Ewie, „brzydka ta nasza mamusia” narzekała, ale ja ją lubiłam, bo przypominała mi kobiety, jakie codziennie widywałam na ulicach miasta, zmęczone żony górników, kontrolerki biletów z brwiami narysowanymi kopiowym ołówkiem, ponure ekspedientki w sklepach oferujących byle jakie towary, kelnerki w Madrasie, bibliotekarki. Nie miałam nic przeciwko temu, żeby taką zwykłą twarz miała moja matka, bo w przeciwieństwie do Ewy, tęskniłam zawsze raczej za dobrocią niż pięknem. Tę właśnie Matkę Boską Bolesną zobaczył Jan Kołek, bezdzietny wdowiec po pięćdziesiątce, który wcześniej nie słynął z pobożności ani w ogóle z niczego. Był bezrobotny i jak wielu innych po zamknięciu wałbrzyskich kopalni codziennie wyruszał z domu z parcianym workiem i schodził pod ziemię w biedaszybie, by szukać węgla, bo nic innego nie umiał.[…]
(CPN) (Sława Jana Kołka i jego wizji rośnie zwłaszcza po przemowach, jakie wygłosił w języku francuskim czeskim i niemieckim do zagranicznych wycieczek. Niestety umiera tragicznie: w zamieszaniu i szarpaninie upadł uderzył głową w brzeg fontanny i już się nie podniósł. Autopsja wykazała, że był chory na serce i zmarł na zawał, ale jego zwolennicy i przeciwnicy nawzajem obwiniali się o jego śmierć.)
(CPN) Str. 87-88-89 Na czas przygotowywania reportażu Alicja Pancernik mieszka w domu swojego nieżyjącego ojca, a wieczorami biega w książańskim parku i lesie.
Las obok Zamku Książ –Mauzoleum w parku książańskim – kompleks Riese
Rzadko używana ścieżka ginęła wśród chaszczy, las gęstniał i mimo iż wstawał już świt, panowały tu mrok i cisza. Nie słyszałam nawet ptaków, jakbym była jedyną żywą istotą wśród starych drzew, krzewów kaliny i rododendronów, ulubionych roślin księżnej Daisy. Przez gęste korony buków nie widać było nieba, sączyło się stamtąd tylko nikłe szare światło. Wiedziałam, że to nie jest zwykły las, opowiadał mi o nim ojciec i pan Albert, opowiadała Ewa, która z racji swoich poszukiwań pereł księżnej Daisy przeczytała o tych ziemiach wszystko, co było do przeczytania w wałbrzyskiej Bibliotece pod Atlantami. Las, przez który biegłam, był częścią kompleksu określonego przez nazistów kryptonimem Riese. W jego skład wchodziła sieć obozów koncentracyjnych podległych Gross-Rosen, które ulokowane były w Górach Sowich i Książu. Przez tutejsze obozy przeszło trzynaście tysięcy więźniów, pięć tysięcy zginęło i spoczywają w tej ziemi. […]
Ścieżka wciąż się wspinała, ale teraz bardziej wyczuwałam ją pod stopami, niż widziałam. […] Dobiegłam do szczytu wzniesienia. […] Widziałam stąd Zamek Książ. Trzy części budowane w różnych okresach płynnie przechodziły jedna w drugą i tworzyły całość majestatyczną i potężną, ale pozbawioną pruskiej ociężałości. „Najpiękniejszy, Alicjo” przypomniałam sobie głos ojca. Najpiękniejszy zamek świata, ojciec nigdy w to nie wątpił, choć nie udało mu się poznać jego tajemnicy. Po ścianach wspinał się jesienny bluszcz i wydawało się że budowlę trawi ogień, który podpełzł pod jej chmury z ogarniętego pożarem lasu. […] Być może siostra opowiadała mi jakąś historię, której okruch pozostał w mojej głowie, jeden z wielu fragmentów jej porozsypywanych opowieści. „Tu spacerowała Daisy, Wielbłądko”, Ewa z przejęciem naśladowała dostojny krok damy, wachlowała się nieistniejącym wachlarzem. „Latem w brabanckich koronkach, zimą w merynosach, a jesienią ubrana jak my Księżna Daisy zbierała kasztany”, moja siostra mówiła o tym tak, jakby w poprzednim wcieleniu przebywała stale w towarzystwie ostatniej pani na Zamku Książ. […]
Do dziś nie wiadomo gdzie spoczywa ostatnia pani na Zamku Książ. Rosjanie, którzy wkroczyli tu w maju 1945 roku, zapamiętale szukali jej grobu, licząc na to, że pochowana została w słynnych perłach. Jednak wcześniej jej zwłoki przeniósł i ukrył wierny sługa, o którym krąży w okolicy wiele legend. Nie wiadomo, kim był, i mimo poszukiwań nie udało się znaleźć księżnej Daisy. Symboliczne miejsce jej pochówku, małe mauzoleum u stóp Zamku Książ, jest puste. Poszukiwacze przygód, jak mój ojciec, do dziś błąkają się wśród drzew z pożółkłymi mapami i liczą kroki według tajemnych szyfrów, ale dotąd nie trafili na żaden pewny ślad. Wiosną kwitną w całym lesie rododendrony, które lubiła Daisy, i gdy kiedyś rozeszła się plotka, że pod jednym z krzaków ukryty jest naszyjnik, ludzie wiele roślin zniszczyli. Jakimś cudem na ich miejsce pojawiły się jednak nowe i wiosną znów zakwitły. […]
(CPN) str. 92-93-94, 96, Alicja Tabor jedzie na Nowe Miasto, aby przeprowadzić wywiad z Barbarą Mizerą – matką zaginionej Angeliki Nowe Miasto, staw
[…] Zawsze żałowałam, że najpiękniejsze arie operowe poświęcone są bogom, albo miłości między mężczyzną i kobietą. Muzyka, jakiej słucham, nie odgradza mnie od świata, przeciwnie, sprawia, że mój umysł otwiera się i uspokaja oszukany chwilowym pięknem. Taka pootwierana siadam naprzeciw człowieka, z którym mam przeprowadzić wywiad. Słuchając Lynne Dawson wcielającej się w Dydonę opuszczoną przez Eneasza, pojechałam przez znów tonące w deszczu ulice na Nowe Miasto, gdzie mieszkała Barbara Mizera.
Ta dzielnica, rozciągająca się na Parkowej Górze i Niedźwiadkach, powstała jako luksusowa i nowoczesna część Wałbrzycha, ale po wojnie szybko zeszła na psy. Jedno z najładniej położonych i najciekawiej zaprojektowanych osiedli, które trafiło się Polsce z drugiej ręki, powoli stawało się slumsem, ale Nowe Miasto nadal miało urok niczym zniszczone ciało rozpięte na szlachetnie uformowanych kościach. Ludzie uciekali stąd w niezrozumiałym pośpiechu do przerażających bloków z wielkiej płyty, jakby z pięknych kamienic wypłoszyły ich duchy poprzednich właścicieli. Kiedyś 22 lipca, teraz 11 Listopada, ulica zmieniła nazwę, ale wyglądała niemal dokładnie tak samo jak wówczas, gdy przychodziłam dwa domy dalej do koleżanki z klasy, Małgosi, której miałam pomagać w lekcjach w ramach ambitnego pomysłu młodej nauczycielki. Małgosia mieszkała z babcią w jednym pomieszczeniu wydzielonym z obszernego mieszkania. Stojąca w kącie miska bez przekonania odgrywała rolę łazienki, wspólna toaleta była na korytarzu, straszliwa dziupla z gazetowym papierem porwanym na kawałki i wiszącym na gwoździu. […]
[…] W bramie, przy której zatrzymałam samochód, siedziało na schodach dwóch wyrostków, pluli na chodnik w zgodnym duecie, a atmosfera zniechęcenia podszytego złością emanowała od nich tak silnie, że wzdrygnęłam się, jakby dotknęła mnie jedna z pacyn plwociny. Jakaś dziewczynka ubrana od stóp do głów na różowo stała nieomal nieopodal z wózkiem dla lalek i kołysała go z zapamiętaniem w sposób perfekcyjnie imitujący ruchy prawdziwych matek. […] Światło paliło się na co drugim piętrze i musiałam niekiedy dotykać poręczy, by się nie potknąć, schody były wytarte przez stopy niemieckie przed wojną i polskie po wojnie. Ścian, upstrzonych do połowy białymi łatami olejnej farby, nie odnawiano od kilkudziesięciu lat. Domy są w tym kraju używane jak buty, dopóki się nie zedrą, potem się je porzuca. Sprawdziłam w elektronicznym kalendarzu numer, Barbara Mizera mieszkała na ostatnim piętrze. […] Przed drzwiami mieszkania Barbary Mizery stał połamany dziecinny rower, skrzynka z pustymi butelkami i dwa worki śmieci. Na drzwiach był ślad po wizytówce, przyklejony na nim plaster z odręcznym napisem „Mizera” wyglądał, jakby chronił ranę […]
Wpuściła mnie. Przedpokój był wąski i ciemny, kątem oka zauważyłam wnętrze pierwszego pokoju, za którego przymkniętymi drzwiami ktoś leżał w rozbebeszonym łóżku, dostrzegłam dwie duże stopy o stwardniałych podeszwach, żółtawych jak zeschła skórka cytryny. W drugim pomieszczeniu bawiły się dzieci, słyszałam w tle ich piskliwe głosiki, i to stamtąd dudnił telewizor. Usiadłyśmy w kuchni przy stole nakrytym ceratową imitacją szydełkowej serwety. […] i wytarła stół. Leżała na nim paczka papierosów i fajansowa popielniczka w kształcie przewróconej na plecy kobiety z rozłożonymi nogami. W jej rozwartym brzuchu tkwiły dwa niedopałki jak zwęglone płody bliźniaków. […]
(CPN) str. 111-112 Po spotkaniu z Barbarą Mizerą, matką zaginionej Andżeliki, Alicja Tabor idzie nad staw na Nowym Mieście, gdzie feralnego wieczora dziewczynka poszła z bratem na sanki, a wieczorem wraca do domu przez ulicę 11 listopada i Stadion na Nowym Mieście
Staw na Nowym Mieście, Mauzoleum Hitlera, ulica 11 listopada, stadion na Nowym Mieście
Postanowiłam pójść nad staw, gdzie tamtego wieczoru Andżelika wybrała się z małym Oskarem i skąd nie wróciła. […] Skręciłam za róg kamienicy, tam powinna być ścieżka prowadząca nad staw. Zatrzymałam się na podwórku, udeptanym czarnym klepisku z trzepakiem i rzędem kubłów na śmieci, Spojrzałam w okna Barbary Mizery. Czy tamtego wieczoru ktoś widział, jak Andżelika idzie tędy ze swoim bratem, czy ktoś odprowadził wzrokiem dwie drobne postaci pokropkowane płatkami śniegu? […] Ruszyłam ścieżką za komórkami, które utrzymywało w pionie jedynie wspomnienie niemieckiej dyscypliny sprzed siedemdziesięciu lat, przecięłam zapuszczony ogród, gdzie jak dekoracja teatralna spoczywały masywna skajowa kanapa i stolik, a na nim talia kart i butelka po wódce. […] Staw pogrążony był w mroku, słyszałam szelest wyschłych trzcin, a na szczątkach pomostu siedział nieruchomy wędkarz, niemal niewidoczny na tle szarej wody. Jak wszystko, co opuściliśmy jako dzieci i oglądamy ponownie jako dorośli, staw wydał mi się mniejszy, podobnie jak polana nad nim, porośnięta żółtą teraz trawą, modrzewiami i krzakami czarnego bzu. Zaczął padać śnieg, jakby niebo postanowiło odtworzyć dla mnie scenerię zniknięcia Andżeliki, ale ja przypomniałam sobie dawno minione lato. Wspomnienie było zbyt mocne, bym mogła je odeprzeć.
Kiedyś ojciec zabrał mnie i Ewę na piknik, to musiały być ostatnie wakacje przed śmiercią mojej siostry. Najpierw zwiedzaliśmy ruiny mauzoleum Hitlera, ukryte nieopodal, na pięknym płaskowyżu z widokiem na Nowe Miasto. Ojciec znał każdy szczegół historii tego miejsca. Budowę mauzoleum Dumy, Chwały i Siły zaplanowano po odwiedzinach Hitlera w Wałbrzychu w 1932 roku, w 1938 zostało uroczyście otwarte. Doprowadzono nawet gaz i aż do powojennej ucieczki Niemców z Wałbrzycha płonął tu znicz Walhalli. Potem mauzoleum niszczało powoli i nieubłaganie, zarastając jak Angkor Wat. Było późne lato i łąka, na której budowla tkwiła niczym fatamorgana, pachniała w ostatnim zrywie, zanim zacznie więdnąć i umierać w jesiennych chłodach. Buczały pszczoły, a ważki o delikatnych skrzydełkach wisiały nieruchomo nad fioletowymi dzwonkami. Pamiętam uczucie nierealności, jakbym widziała coś, co nie może przetrwać, bo już należy do czasu przeszłego.
Str. 118-119 Wieczorem wraca do domu przez ulicę 11 listopada i Stadion na Nowym Mieście […] Jechałam ulicą 11 Listopada przez miasto przypominające o tej porze akwarele jakiegoś ponurego artysty, używającego tylko brązu, brudnej bieli i szarości, rozpływające się przed moimi oczami w nicość. […] Pod wpływem impulsu zatrzymałam się na poboczu pod bezlistnym kasztanowcem i wyszłam z samochodu. Rozpoznałam opuszczony poniemiecki kompleks sportowy. Oprócz stadionu był tu odkryty basen, zrujnowany i od dawna nieczynny, a już w czasach mojego dzieciństwa zaniedbany, ukryty wśród drzew, których liście opadały na powierzchnię wody. Ewa uczyła mnie tam pływać. Stadion z powoli zarastającymi resztkami ławek na widowni przypominał ruiny antycznego amfiteatru. Obeszłam jego koronę jak samotny duch dawnych igrzysk i usiadłam na zmurszałej ławce nieopodal basenu. W wilgotnym powietrzu unosił się zapach chlorowanej wody, który dobiegał z mojej pamięci. „Jedziemy na basen, Wielbłądko!” powiedziała moja od dawna martwa siostra, a ja poczułam jej obecność jak dmuchnięcie w kark.
Str. 123 Alicja wspomina siostrę i jej ukochanego Dawida. Mauzoleum Hitlera i staw na Nowym Mieście […] Dlaczego nie potrafiłam jej zatrzymać? Przecież nikt nie znał jej tak jak ja. Nawet Dawid. Tego lata, gdy ojciec zabrał nas do mauzoleum Hitlera i na piknik nad staw na Nowym Mieście, moja siostra przeżywała swoją pierwszą i ostatnią miłość. Miał na imię Dawid i to egzotyczne imię dla mnie, dziewczynki niezwracającej niczyjej uwagi, należało do świata pięknych ludzi i wielkich przygód, którego moja siostra, przyszła gwiazda Daisy Tabor, stanowiła część w sposób naturalny.[…]
Str. 140 Pan Albert wspomina swoje dzieciństwo. ulica Pocztowa
[…] Mieszkałem kiedyś w twoim domu, Alicjo. Nie przyjechałem do Wałbrzycha z rodziną Kukułków, już tu byłem, gdy zajęli dom obok. Jestem mieszańcem cygańskim z Niemiec, ale nie wiem, gdzie się urodziłem i jakie imię dano mi na początku. Przed wojną mało który Cygan miał metrykę, a ci najbardziej wykształceni, którzy żyli jak niemieccy mieszczanie, pierwsi padli ofiarą Hitlera. Ich najłatwiej było policzyć i wyłapać. Potem przyszła kolej na Cyganów wędrownych, ubogich i niepiśmiennych, niepoliczonych, których jedyną księgą była pamięć. Należę do tych drugich, ale niewielki ze mnie pożytek, bo moja pamięć jest dziurawa.
[…] To mogli być Sinti, niemieccy Cyganie tradycyjnie trudniący się muzykowaniem. Byli wśród nich tacy właśnie wędrowni grajkowie i sztukmistrze podróżujący od miasta do miasta. Jednak przed wojną Sinti, cygańska arystokracja, zostawali również właścicielami rewii i cyrków w niemieckich miastach i zanim Hitler zdecydował, że nie są ludźmi, odnosili sukcesy, zawierali mieszane małżeństwa, żyli jak inni w murowanych kamienicach. Sinti byli częściowo zasymilowani, ale nie lubili zatrzymywać się na długo w jednym miejscu, bo bez podróży, której pragnienie mają we krwi, wyrodnieją i wymierają. To łączy wszystkich Cyganów i gdy po wojnie zmuszono ich w Polsce do osiedlania się, skarleli, stracili wolę życia. Ulica Pocztowa na Starym Zdroju jest cmentarzyskiem zniszczonych ludzi. Dowiedziałem się tego wszystkiego o Sinti dużo później, a
le ta wiedza nie przybliżyła mnie do swoich. Tylko gdy gram melodie, które tak lubisz, Alicjo, czuję, że kiedyś byłem w drodze.[…] Str. 153 Pan Albert jako mały chłopiec uczestniczy w pogrzebie księżnej Daisy. Mauzoleum przy Zamku Książ
[…] Lato 1943 roku było upalne, powietrze nad polami gotowało się, a ja nie mogłem wytrzymać z niepokoju, bo od kilku tygodni nie widziałem księżnej Daisy. Wiedziałem od Fredka Ogrodnika, że była chora, i nawet próbowałem modlić się za jej powrót do zdrowia w ponurym ewangelickim kościele na Szczawienku, do którego zabierała nas Gertrud. Moje modlitwy na nic się nie przydały i 29 czerwca księżna zmarła. Widziałem ją. Fredek Ogrodnik zabrał mnie na pogrzeb, oprócz nas i podobnej do kota służącej uczestniczyło w nim tylko kilka osób. Trzymaliśmy się z tyłu: ja, Mały Fredek i stara kociara ze Szczawienka, Apolonia Kitti Kitti, na wyścigi z pastorem szepcząca jakąś swoją modlitwę, której słów nie mogłem odczytać z ruchu jej ust. Suknia księżnej Daisy przez łzy wydawała mi się utkana ze światła. Nie miała na szyi pereł, o których krąży w Wałbrzychu tyle opowieści. Pochowaliśmy ją w mauzoleum przy Zamku Książ, gdzie był grób jej zmarłej w niemowlęctwie córki i kilkuletniego syna. Było już za późno, by kwitły ulubione rododendrony księżnej Daisy, ale wiedziałem, że gdy przyjdzie wiosna, właśnie tutaj posadzę te najpiękniejsze. […]
Str. 161 Alicja Tabor otrzymuje powiadomienie z Biblioteki pod Atlantami i postanawia odebrać książkę przed spotkaniem z babcią zaginionego Patryka. Opisuje okolice biblioteki zamkniętej z powodu odkaraluszania. Kościół Matki Boskiej Bolesnej, kawiarnia Madras
[…,] Zaparkowałam niedaleko kościoła Matki Boskiej Bolesnej, pod którym stała grupa starszych kobiet. Kształtami przypominały sam kościół: przysadziste, krągłe, niewywrotne. […] Każda zmiana, jaką dostrzegałam po drodze, wiązała mnie z tym pejzażem i jednocześnie przypominała, że go opuściłam i znów opuszczę. W miejscu Madrasu otwarto teraz sklep mięsny. Madras był niegdyś mroczną herbaciarnią z wydrukowaną na kartach uwięzionych pod szklanymi blatami stołów długą listą herbat, z których dostępna była tylko ekspresowa w szklankach, ale i tak nikt tu nie przychodził na herbatę. Główną atrakcją Madrasu były basie, firmowe ciastka Wałbrzycha, ochrzczone imieniem patronki górników. „Chodź, Wielbłądko, idziemy do Madrasu”, wołała Ewa i śliniłam się jak szczeniak buldoga na samą myśl o delikatnych płatkach kakaowego biszkoptu przełożonego bitą śmietaną. Basie, których pod tą nazwą ani w tej postaci nie spotkałam nigdzie indziej, pozostawiły w mojej pamięci ślad na zawsze połączony z Ewą. Patrzyłyśmy niecierpliwie, jak kelnerka stawia w gablocie tacę ze świeżo przygotowanymi basiami, i porównywałyśmy potem, której z nas trafiła się kostka z większym kleksem czekolady na wierzchu.[…]
Str. 166 Alicja Tabor jedzie na ulicę Kolejarską, aby przeprowadzić wywiad z babcią zaginionego Patryczka, która odejmuje ją sutym obiadem. Sobięcin
[…] ruszyłam na Sobięcin, na ulicę Kolejarską. W przeciwieństwie do Nowego Miasta ta biedna dzielnica nigdy nie cieszyła się dobrą sławą. Jednak w czasach, gdy działały kopalnie i płonął palnik koksowni, miała swój rytm pracy i odpoczynku, a bez tego wszystko rozpada się i karleje. Teraz, tak jak na Nowym Mieście, zostali tu ci, którym się nie powiodło, bezrobotni, nieporadni i rozpici, a także ci, którzy uznali, że chcą tu być, bo trudno nie chcieć po pięćdziesięciu paru latach, co się nie wrócą. Od czasu do czasu jakiś fotograf robił tu artystyczne zdjęcia biedy, która tylko na fotografiach bywa malownicza. Na tę część Sobięcina, w której mieszkał z babcią wielkouchy Patryk Socha, mówiono Palestyna, bo osiedliło się tu po wojnie wielu Żydów, biednych niedobitków, jak nazywał ich nasz ojciec. Ewa uwielbiała to słowo, w którym czaiła się groza.[…]
Str. 194 Alicja jedzie ponownie do Biblioteki, aby odebrać książkę. Spotyka tu Celestynę Pajączek (dawniej Czesio). Biblioteka pod Atlantami
Po południu pojechałam ponownie do Biblioteki pod Atlantami z listem, z którego wynikało, że czeka tam na mnie Mnich Lewisa. Nie spotkałam już Niebieskiej Kobiety, wisiał za to krzyż, który przybiła. Poza tym niewiele się zmieniło od czasu, gdy przychodziłam tu jako dziecko, i spod odoru chemikaliów rozpylonych przez eksterminatorów z firmy Robax czuć było wyraźnie zapach książek.
Gdy wiele lat temu Ewa zabrała mnie tu po raz pierwszy, było zimno jak teraz i też padał śnieg, przenikający chłodem do kości. Byłyśmy najpierw w Madrasie i siedziałam nad pustym talerzykiem, wspominając jak zwykle zbyt szybko minioną słodycz. Czytałam herbaciane menu pod szkłem: „jaśminowa, karmelowa, różana, herbaciarnia Madras poleca”. Madras, Sardam, Drasma. „Co to znaczy Madras?”, zapytałam, a Ewa powiedziała: „chodź, Wielbłądko, poszukamy Madrasu”. W bibliotece, gdy tylko weszłam między rzędy książek, które dla takiej dziewczynki jak ja ciągnęły się kilometrami i były wysokie jak co najmniej trzy wielbłądy, wiedziałam, że będę tu wracać, bo znalazłam jedno ze swoich miejsc na świecie. Podczas tej pierwszej wizyty pod Atlantami siedziałyśmy w czytelni i czytały o Madrasie, mieście nad Oceanem Indyjskim, w którym przez większą część roku klimat jest gorący i wilgotny, a za oknami na wałbrzyski rynek padał śnieg. […]
Str. 278 Alicja jedzie odwiedzić Pana Albarta, który pracuje teraz jako ochroniarz parkingu na Podzamczu. Dzielnica Podzamcze
[…] Zatrzymałam się przy małym sklepie spożywczym na ulicy Wrocławskiej i zrobiłam zakupy. Pamiętałam, że pan Albert lubi ogórki kiszone, i gdy sprzedawczyni wyjęła je z beczki, ostry zapach przypomniał mi dni dzieciństwa spędzone w palmiarni. […] Z wałówką przenikliwie pachnącą czosnkiem ruszyłam na Podzamcze, gdzie między dwoma gigantycznymi domami z wielkiej płyty był parking pana Alberta.
To osiedle u stóp Zamku Książ, sąsiadujące z naszym starym Szczawienkiem, zaczęto budować dopiero w połowie lat siedemdziesiątych i poznałam je już po śmierci Ewy. Przez jakiś czas, zbyt krótki i smutny, bym go dobrze zapamiętała, przyjeżdżałam tu na lekcje gry na pianinie, na które namówiła mojego ojca szkolna pedagog, przejęta moim losem niedobitka. Nauczycielka muzyki mieszkała na dziesiątym piętrze w dziesięciopiętrowym bloku przy ulicy Basztowej, ona i pianino w jednym pokoju, w drugim jej syn inwalida. […] Nigdy potem nie byłam na Podzamczu. Jechałam powoli w kanionie między monstrualnymi budynkami. Na tym osiedlu z wielkiej płyty stłoczono ponad trzydzieści tysięcy ludzi. Podzamcze to jeden z najgęściej zaludnionych kawałków Polski, ale ludzie, którzy trafili tu przed laty, na ogół nie mogli sami zdecydować, jaki kawałek, gdzie i jak gęsto chcą zaludnić.[…]
Str. 306 Opowieść Dawida – ukochanego Ewy, który teraz stał się komputerowym trollem. Skwer obok I liceum i szpitala położniczego
Tego dnia, gdy poznałem Ewę, poszliśmy po lekcjach na pączki. Niedaleko liceum była mała prywatna cukiernia. Już jej nie ma, niczego już nie ma. Kupiłem całą torbę pączków i kefir truskawkowy w spożywczym, a potem jedliśmy te lepkie od lukru, tłuste ciastka na skwerze przed szpitalem położniczym. Nigdy przedtem nie widziałem, by dziewczyna tak jadła. Nie łakomie, raczej zawzięcie. Odgryzała wielkie kawały i oblizywała wargi. Wokół ust miała drobinki lukru i marmolady. Patrzyłem zafascynowany i coraz bardziej podniecony. Chciałem całować jej polukrowane usta, zlizywać cząsteczki różanej marmolady. […] Siedzieliśmy w pełnym słońcu, trawa na skwerze była tak zielona, jak zdarza się tylko w snach. Ewa z przechyloną głową wysączyła ostatnie krople kefiru, wytarła usta brzegiem dłoni. „Wiesz, dlaczego trawa jest tu taka zielona?” Pokręciłem głową. „Bo chowają pod nią trupki”. „Trupki?” „Ze szpitala. Martwe płody i noworodki. W jesienne noce zakopują tu całe kosze ciałek. Niektóre mają dwie głowy, cztery ręce, skrzela, pokryte są futrem”. Martwe płody nie mogły mnie przerazić, bo byłem synem ginekologa i miałem za parę lat zostać lekarzem, ale chciałem zrozumieć sens jej opowieści. „Dlaczego je tu zakopują?” „Bo faceci z krematorium sprzedają węgiel na lewo. Piją”, wyjaśniła, jakby to była najoczywistsza rzecz. „Podczas pełni księżyca unosi się tu seledynowa poświata. To dusze tych dzieci. Wcale nie są smutne. Cieszą się, że nie żyją. Chciałbyś zobaczyć? Możemy kupić wino, i może parę pączków, i czekać na tej samej ławce. Chyba nie boisz się duchów?” Wiem, że mnie sprawdzała. Chciała wiedzieć, czy się nadaję.
Znała wszystkie straszne miejsca w Wałbrzychu i okolicach, a drugie tyle potrafiła wymyślić, tak jak zbiorową mogiłę świecących płodów przy naszym liceum. Potem przeczytałem o tych ziemiach wszystko, co napisano, i wiem, że coś innego niż zwykła wiedza kierowało jej umysłem, gdy jak po nitce szła tam, gdzie kiedyś wydarzyło się coś złego. Chodziliśmy na wagary. Pamiętasz? Najczęściej byłaś z nami, cicha dziewczynka o spojrzeniu starej bibliotekarki. Mauzoleum Hitlera, opuszczone cmentarze, las pod Zamkiem Książ. […]
Str. 312 Opowieść Dawida – ukochanego Ewy. Polana i Mauzoleum obok zamku Książ
Po raz pierwszy kochaliśmy się na polanie u stóp Zamku Książ. Ewa lubiła tam przychodzić, choć lubiła to zbyt letnie określenie dla jej emocji. Między jej umysłem a tym miejscem zachodził jakiś rodzaj wzajemnego przyciągania i nieraz musiałem biec za nią ścieżką przez las, gdy nagle, natychmiast zapragnęła się tam znaleźć. Moja wyostrzona dzięki Ewie wrażliwość odbierała na polanie dziwne sygnały. Jakby coś jeszcze było tam oprócz nas, a gdy jej o tym powiedziałem, popatrzyła na mnie tak, jakbym zdał jakiś egzamin. Polana była jednym z miejsc, które zdaniem Ewy kryły tajemnicę pereł księżnej Daisy. Może tu je zakopano, a może raczej pochowano tu kogoś, kto znał ich los. W zależności od nastroju zmieniała wersję historii. Bardzo chciała je znaleźć. Sztuczne perły, które jej kupiłem we Wrocławiu, były tylko namiastką, ale dzięki niej pragnienie oryginału stawało się silniejsze. Ewa uważała, że w klejnotach księżnej Daisy kryje się wielka moc i nie powinny dostać się w niepowołane ręce.
Pod koniec tamtego lata Ewa upodobała sobie mauzoleum księżnej Daisy i spotykaliśmy się właśnie tam, a nie na polanie. Pamiętasz? Niepozorny, ośmiokątny budynek zwieńczony krzyżem był na parterze zabity dyktą i zakratowany, ale po kracie można było wspiąć się do okrągłego okienka i zajrzeć do środka. Ciała księżnej Daisy nie ma w mauzoleum i nie wiadomo, gdzie ostatecznie została pochowana. Ewa przekonywała mnie jednak, że powinniśmy tam czekać na znak. Daisy powiedziała jej o tym we śnie. Jaki znak? Kiedy się pojawi, będziemy wiedzieli. […] Czasem zabieraliśmy cię tam ze sobą, a czasem chciałaś, by zostawić cię w Bibliotece pod Atlantami, gdzie stara bibliotekarka przynosiła ci wszystkie publikacje na temat pustyń, wielbłądów i Tuaregów. Wiem, że robiłaś to po to, byśmy mogli być z Ewą sami. […]
Str. 317 Dalszy ciąg opowieści Dawida. Po wizycie u rodziców Dawida, którzy chcieli poznać Ewę głównie dlatego, że dzwoniono do nich ze szkoły w sprawie wagarów syna i po późniejszym spotkaniu z ojcem Dawida, któremu wyznała, że jest w ciąży, Ewa wchodzi w fazę depresyjną i stara się zniechęcić do siebie chłopaka. Kawiarnia Barbórka, Hotel Sudety
Pod koniec sierpnia Ewa stała się milcząca, przepełniona rozpaczą, której przyczyny nie znałem, albo rozgorączkowana, zapalona do jakichś nowych pomysłów, które już po chwili wydawały jej się niewarte zachodu. Nie przychodziła wcale albo po kilku minutach odchodziła bez słowa wyjaśnienia. Kłóciliśmy się. Mówiła złe, straszne rzeczy. Znikała. Biegałem po mieście i szukałem jej. Na ogół udawało mi się ją znaleźć. Pijaną w Barbórce na rynku, z papierosem w ustach, w towarzystwie jakichś cinkciarzy z saszetkami przy pasku, recydywistów o pociętych przedramionach, z kropkami wytatuowanymi pod okiem. Wyciągałem ją z baru hotelu Sudety, gdzie siedziała z miejscowymi kurwami, ubrana jak jedna z nich. Patrzyła na mnie wyzywająco, jeśli tak może patrzeć topielica. Byli inni mężczyźni, przypadkowi, nieważni. Brała od nich pieniądze. Jeszcze wtedy rozumiała, że tonie i potrzebuje pomocy, i pozwalała mi wyciągać się z melin, cuchnąca tanim winem i dymem, z ustami pomalowanymi na neonowy róż. Płakała z głową na mojej piersi, a ja nie wiedziałem, co czuję. „Kotojady”, mówiła. „To one. Wybacz”, prosiła, i wybaczałem. Rzucała mi się na szyję, całowała i ciągnęła na polanę, gdzie znów kochaliśmy się, a ja coraz wyraźniej czułem trupi odór spod wyschłej jesiennej trawy. Złą obecność. Szukałem diagnozy tego, co się dzieje z Ewą, w książkach ojca. Miałem być lekarzem i tak patrzyłem na świat: a skoro Ewa była chora, musiało istnieć jakieś lekarstwo. Kurwamina powiedziałaby, że Ewę opętał szatan. Ewa mówiła o kotojadach zjadających ją od środka, ale czy to nie na jedno wychodzi? Ona ginęła, rozpadała się.
Str. 350 Przed planowanym powrotem, Alicja Tabor jedzie ponownie na Rusinową Rusinowa, park
[…] Miałam jeszcze godzinę i pojechałam do Rusinowej, zapomnianej dzielnicy na skraju miasta, gdzie jesienią spalono prywatne schronisko dla zwierząt. Od tego aktu przemocy wszystko się zaczęło, podobnie jak śmierć mojej siostry poprzedzona była mordowaniem kotów i psów. W Rusinowej zginęła właścicielka posesji, Małgorzata Felis, i sto dwadzieścia siedem kotów. Ciekawe, kto policzył spalone koty i jak się przy tym czuł? Nie mogłam odpędzić od siebie obrazu zwęglonych zwierząt ułożonych jak ptaki, które przed laty dla zabawy zabijał Adalbert. Do tej pory nie ujęto sprawców, nie wiem, czy ich szukano. Miałam wydrukowaną z internetu mapę, na której zaznaczyłam miejsce, gdzie stał dom Małgorzaty Felis, ale nie mogłam go znaleźć i błąkałam się po wyboistych ulicach Rusinowej. Nie byłam tu od dzieciństwa i patrzyłam na kolejne miejsce, z którego po zamknięciu kopalni uchodzi życie. Rusinową przecinała wyjazdowa szosa i samochody przelatywały po niej tak, jakby kierowcy bali się, że jeśli nie przyspieszą, coś ich tu zatrzyma i nigdy już nie wyjadą z Wałbrzycha. Wielki zapuszczony park niczym kambodżańska dżungla pochłaniał zaniedbane domy i sklepiki z krzykliwymi szyldami, a boczne ulice, po których krążyłam, były wyludnione i ciche.[…]
Str. 358 Czesia Pajączek organizuje spotkanie Alicji i Adama, właściciela sklepu zoologicznego Królicza Nora, który znajduje się niedaleko kościoła Matki Boskiej Bolesnej. Adam wspomina klasowe wyjście do kina. (Matka Adama, Ludmiła Szymczyk, w czasach gierkowskich prowadziła w Wałbrzychu, w pokoju, którego nie ma, burleskę.) Kino Apollo
Adam zauważył moje spojrzenie. – Pamiętasz Stasia? – Jakiego Stasia? – nie zrozumiałam. – Tarkowskiego. Byliśmy z klasą w kinie Apollo na W pustyni i w puszczy i nauczycielka nas potem przepytywała. Jakim dzielnym polskim patriotą był Staś i tak dalej. Ty byłaś jednak ciekawa tylko wielbłądów i tak męczyłaś pytaniami nauczycielkę, która nie miała pojęcia, o co ci chodzi, że w końcu dała ci dwóję i kazała się zamknąć. Rzuciłaś piórnikiem i powiedziałaś, że Staś był zarozumiałym chuliganem i gdybyś była Nel, zostałabyś z Kalim, słoniem i wielbłądami w Afryce. Wszyscy się śmiali. – Ja? Naprawdę zrobiłam coś takiego?! […-] Jesteś pewny, że to byłam ja?
Ucieczka Niedźwiedzicy
Strona 102 Opowiada Blady, czyli Pitek, który wrócił do Wałbrzycha, by potem znów ruszyć w Polskę w poszukiwaniu pracy. Hotel Sudety
[…] Zawsze, gdy coś się kończyło, wracałem do Wałbrzycha, a potem znów ruszałem w Polskę. Chyba po prostu tak już jest, że miasta rodzinne są po to, by z nich wyjeżdżać i do nich wracać, naprawdę czy w myślach. Człowiek ma wtedy jakieś centrum, choćby chujowe. Ja po prostu wracałem częściej i z większym przytupem, choć nigdy nie widziałem ku temu konkretnego powodu, zwłaszcza że po wyjeździe Sylwii i śmierci rodziców nie miałem nawet gdzie się zatrzymać. Ale tym razem wszystko ułożyło się inaczej, choć nic nie zapowiadało, że ten powrót będzie wyjątkowy.
Od dworca poszedłem piechotą do rynku, bo jeszcze trochę zostało do świtu i miasto jak zwykle o tej porze roku przypominało Mordor, ale wkrótce zrobiło się jasno i jakby trochę lepiej. Już z pięciu łebków czekało na pracę. Padał śnieg i sterczałem na parkingu koło rynku jak zasmarkany bałwan, nie ciesząc się powodzeniem. Wzięto dwóch elektryków i chudego Ukraińca do noszenia mebli, a mnie nikt nawet nie zaczepił. Przycupnąłem pod płatnym kiblem i powoli zamarzałem, licząc na to, że ktoś wrzuci monetę i wejdę się ogrzać i wysikać.
Miałem już się zwijać, gdy pojawił się ten dziwny gość. Wyglądał jak urzędnik partyjny z dawnych lat, taki z teczką i w starodawnych okularach. Klasyczny typ znany mi z polskich seriali kryminalnych w kolorach pleśni i krowiej kupy, których nigdy nie byłem w stanie obejrzeć do końca. Pod rozpiętym płaszczem miał za duży garnitur i kroczył na ugiętych kolanach, żeby się nie przewrócić na lodzie. Myślałem, że zagada do mnie towarzyszu albo zapyta o hasło, ewentualnie da mi w ryj, ale on powiedział tylko, że jest robota i czy chcę. A jak chcę, to mam przyjść o północy pod hotel Sudety, bo teraz to za późno. I jeszcze, że ma nadzieję, że na co dzień się nie opierdalam i wstaję do roboty na czas. Ale jak za późno, jest siódma, zaprotestowałem, on jednak tylko cmoknął niezadowolony, jakbym palnął głupotę. Pomyślałem, że to jakiś świr, ale dał mi pięć dych. Nie miałem nic do stracenia ani żadnych innych widoków na kasę, więc powiedziałem, że przyjdę.
[…] Hotel Sudety, kiedyś największy na Dolnym Śląsku i luksusowy, od jakichś dwudziestu lat stał nieczynny. Zamknięto go, kiedy byłem gówniarzem, i pamiętam już tylko gnijącego kolosa, którego fasada w miarę upływu lat stawała się coraz bardziej szara i jakby rozpulchniona, a okna ślepe od brudu. Faliste zadaszenie nad hotelem traciło formę, jakby ze wszystkich stron nadgryzał je jakiś wielki robal. Teren za hotelem był zasyfionym pobojowiskiem, a zniszczona fontanna wyglądała jak zapchany błotem odpływ po gigantycznym zlewie. Gdyby je Pyton odetkał, a lubił się chwalić, że nie ma takiej rury, której nie dałby rady, wszystko, Hotel Sudety i całe miasto, wessałaby ziemia.
Dookoła toczyło się normalne życie, parę starych kamienic w postępującym stanie rozkładu, kilka budynków z wielkiej płyty w kolorach landrynek. Jakiś czas temu obiło mi się o uszy coś o nowym właścicielu, który kupił Hotel Sudety i ma wielkie plany odbudowy, więc pomyślałem, że może wziął się do roboty, choć gość z teczką raczej nie był typowym szefem, szukającym tanich frajerów do łopaty. Przyszedłem przed czasem i spokojnie rozejrzałem się dookoła. W ostatnich latach działalności część pomieszczeń wynajmowano i pozostał po tych małych biznesach szyld Sol-um, środkowe –ari- zasłonięto kawałkiem dykty. Solarium dla duchów prażących swoje zimne tyłki na łóżkach przypominających gofrownice. Z szyldu przed wejściem zostało tylko Sud. Sol-um i Sud jak zaginione królestwa z jakiejś gry. Panowała tu martwa pustka, a w padającym wciąż śniegu hotel wydawał się jeszcze potężniejszy. Dziewięć pięter, na każdym osiemnaście ciemnych okien. Zamknięte na głucho główne wejście ocienione potężnym falistym zadaszeniem, ciągnącym się wzdłuż całego gmaszyska, i po prawej, od wieków nieczynna kawiarnia. Prowadziły do niej zewnętrzne schody, bo dostępna była nie tylko dla hotelowych gości.
Jedna z miejskich legend to historia pięknej kelnerki, mówili na nią Czarna Jolka, która przepadła tuż przed zamknięciem hotelu w dwa tysiące czwartym roku. Nigdy jej nie odnaleziono. Podobno zginęła w Piekiełku, czyli nielegalnej agencji towarzyskiej, która rzekomo działała w jednym z sekretnych pokoi, wyjechała na zachód albo zmieniła nazwisko i wygląd, bo zakochał się w niej arabski szejk, który przyjechał kupić konia w stadninie Książ. […]
Strona 224 Do Pitka dołącza później Ewelina z opowiadania BYĆ JAK TOM BOMBADIL, którą zaprowadził tam poznany na Tinderze chłopak.
Zapadała noc, kiedy dotarliśmy do Hotelu Sudety. Jego potężna szara bryła mroczniała w wilgotnym powietrzu, zadaszenie nad wejściem jak wykrojona z betonu bałtycka fala, wszystkie okna ślepe. Gdy uniosłam głowę, zardzewiały neon rozjaśnij się nagle na różowo.
Strona 207 Opowiadanie BYĆ JAK TOM BOMBADIL Opowiada Ewelina, która umówiła się w Wałbrzychu z poznanym na Tinderze mężczyzną o pseudonimie Tom Bombadil. Czeka na niego w znajdującej się obok rynku kawiarni Zielona Sofa. Rozmawiają, a potem mężczyzna prowadzi ją do Hotelu Sudety. Kawiarnia Zielona Sofa
[…] Siedziałam w kawiarni o nazwie Zielona Sofa i skrolowałam osie czasu portali kryminalnych. Tabliczka z napisem, Nie palić! Nie rozmawiać o polityce! Nie narzekać!, na którą co chwilę podnosiłam wzrok, upewniała mnie, że to właściwe miejsce, choć znalazłam się tu tak, jak znajdowałam się właściwie wszędzie wcześniej i pewnie też będę później. Granica między przypadkiem a wyborem jest umowna… […]
A więc w drodze z Olsztyna do Pragi trafiłam do Wałbrzycha. Czytałam w jakiejś powieści, że nazwa tego miasta brzmi, jakby ktoś próbował odkaszlnąć i splunąć. Rzeczywiście. Dlaczego Wałbrzych nie mógł po prostu zostać Leśnogrodem? […]
Tom Bombadil podał mi kartkę. Napisał na niej, Zmyślona/prawdziwa. Taka właśnie była Marta. Jej pies, jurta, dom, wszystko. Poczułam coś w rodzaju szczęścia. Smutnej i cichej wersji szczęścia. Po raz pierwszy pomyślałam, że być może nie muszę już szukać testerów swojej opowieści. Milczeliśmy przez chwilę. Nadal lubisz pizzę?, zapytał Tom Bombadil. Nie można przestać lubić pizzy. Nawet w obliczu poważnych wewnętrznych przemian, wyjaśniłam, a on się roześmiał. Znam miejsce, gdzie zrobią ci najlepszą. Z gorgonzolą, orzechami i gruszką w miodzie? Z czym będziesz chciała. I krem sułtański. Nigdzie nie podają już kremu sułtańskiego, zaprotestowałam. To prehistoria. Chcesz się przekonać? Tom Bombadil spojrzał na zegarek. Możemy ruszać.
Na zewnątrz było ciemno, rynek prawie opustoszał. Będzie padać, to dobrze, powiedział mój towarzysz. Dlaczego? Mało ludzi się wtedy kręci, wyjaśnił. Może powinno, ale nie zabrzmiało to dla mnie podejrzanie. Prowadził mnie stromo opadającą uliczką, przy której stały zniszczone szare domy, a potem wzdłuż głównej arterii miasta w trakcie jakiejś radykalnej przebudowy, bo co rusz musieliśmy omijać wykopy i śpiące przy nich maszyny. Towarzyszył nam rząd samochodów na jedynym przejezdnym pasie, poruszały się niewiele szybciej od nas. Deszcz przyszedł nagły, oczyszczający, choć pachniał i smakował węglem. Dobrze się tak razem szło przez Leśnogród. Myślałam o doktorze Licho, o dwóch Martach mojego życia. Byłam osobą wędrującą, nie zamierzałam nigdzie zapuszczać korzeni, ale chciałam pomyśleć, co dalej, wypić więcej kaw z Tomem Bombadilem, choć wiedziałam, że jego kraina jest gdzie indziej. Zapadła noc, gdy dotarliśmy do hotelu Sudety. Jego potężna szara bryła mroczniała w wilgotnym powietrzu, zadaszenie nad wejściem jak wykrojona z betonu bałtycka fala, wszystkie okna ślepe. Gdy uniosłam głowę, zardzewiały neon rozjaśnił się nagle na różowo.
TRASA III
WAŁBRZYCH
Trasa III Piaskowa Góra – ul. Broniewskiego – ul. Hirszfelda – ul. Główna – ul. Wrocławska – dworzec Wałbrzych Szczawienko – Dom Dziecka – kościół św. Anny – Palmiarnia – Książ – Mauzoleum Hochbergów
Powieści związane z trasą:
• Joanna Bator, Piaskowa Góra, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2009
• Joanna Bator, Ciemno, prawie noc, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2012
• Franciszek Moore, Wszyscy zginiecie, Warszawa 2021
OPIS
Piaskowa Góra to wielkopłytowe osiedle z czasów PRL, na którym mieszka ze swymi rodzicami bohaterka pierwszej powieści Joanny Bator, Dominika Chmura. Ich mieszkanie znajduje się w największym bloku osiedla zwanym Babel. Niedaleko stąd do starej dzielnicy Szczawienko, gdzie w poniemieckiej kamienicy mieszka ukochana babcia Dominiki zwana Kolomotywą. Dalej szlak wiedzie do Zamku Książ. Tu z kolei rozpoczyna się akcja powieści Ciemno, prawie noc – jej bohaterka i narratorka, Alicja Tabor, dziennikarka prowadząca śledztwo w sprawie dzieci porywanych i mordowanych w Wałbrzychu, wraca po latach do rodzinnego domu położonego w sąsiedztwie zamku. Książ zawładnął też wyobraźnią urodzonego w Świebodzicach pisarza o pseudonimie Franciszek Moore. Jest on autorem trylogii z gatunku horroru pt. Wszyscy tu zginiecie, w której uczynił z zamku ostatni bastion ludzi zagrożonych atakiem zombie. .
OPIS TRASY III
Piaskowa Góra – ul. Broniewskiego market b1(dawniej real),

– ul. Hirszfelda – wieżowiec Babel – miejsce, gdzie mieszkali Chmurowie,

– ul. Główna – jej przedłużenie to prawdopodobne miejsce wypadku Dominiki Chmury,
– ul. Wrocławska – tutaj zobaczyć można przypuszczalne miejsce, gdzie mieszkała babcia Dominiki Chmury,

– dworzec Wałbrzych Szczawienko,

– Dom Dziecka – być może ten, który występował w „Ciemno prawie noc”,

– kościół św. Anny,

– Palmiarnia – tutaj pracował Antoni,

– Książ – to miejsce bardzo mocno związane z „Ciemno prawie noc”,

– Mauzoleum Hochbergów – miejsce występujące w „Ciemno prawie noc”.

CYTATY
„Piaskowa Góra”
Wałbrzyska ziemia odzyskana budzi nadzieje zwłaszcza w tych, którzy swojej nigdy nie mieli. Są znikąd, ale chcą wyjść na swoje, by być skądś. Najpierw zajmują stare domy po Niemcach, ale już wkrótce jest ich za mało – dwadzieścia lat po wojnie wokół starych dzielnic Wałbrzycha, niepozbawionych pewnej urody, a na pewno ordnungu, zaciśnie się betonowy pierścień nowych, budowanych w pośpiechu dla przyjezdnych. Na Piaskowej Górze zmieści się ich aż trzydzieści tysięcy, bo będą dobrze upchani w podzielonych na jednakowe przegródki pudłach domów.
Na przykład dworzec, na który przyjechała, nazywa się Dworzec Miasto, a są jeszcze Główny, Fabryczny i Szczawienko.
Po dwudziestu czterech godzinach i trzech przesiadkach Jadzia przyjechała do Wałbrzycha i czekała, drepcząc wkoło solidnej kopulastej hali, ale wuj Kazimierz się nie pojawiał. Wstydziła się wejść do dworcowego baru, skąd pachniało jej kusząco kanapkami z pasztetową, bo nigdy nie była sama w takim miejscu. Po trzech godzinach dreptania po biało-czarnej szachownicy, od której trochę kręciło jej się w głowie, Jadzia zrobiła siku w dworcowej toalecie; na drzwiach napisano Damen, pod spodem kredą Panie, a jeszcze niżej czymś brązowym Kurwy.
Idą zobaczyć po raz pierwszy od środka mieszkanie przydzielone im na nowym wałbrzyskim osiedlu Piaskowa Góra. Dom Stefana i Jadzi ma dziesięć bram i jedenaście pięter połączonych tarasem. Dzioby dźwigów kołyszą się, przenosząc betonowe płyty, piasek pod kołami ciężarówek zamienia się w błoto i pryska, jakby ktoś pluł przez zaciśnięte zęby. Państwo Chmura dostali M3 na dziewiątym piętrze.
Nowe wałbrzyskie osiedle wyrosło na wzgórzu porośniętym brzozami pogiętymi od wiatrów. Zimą na jego szczycie zwalały się ściany śniegu, które zalegały do maja, pokryte czarną skorupą jak spaloną skórą. W pozostałych porach roku przywiewało tu wszystkie śmieci z okolicy; przy wiosennych wichurach przylatywały nawet gazety z Wrocławia i Legnicy. Targane wichurą latały papiery, strzępy szmat, zardzewiałe rury, martwe ptaki i psie kupy. Nieraz dolecą nawet opakowania od niemieckich czekolad zza zachodniej granicy, z napisami Milka, rysunkami uśmiechniętej krowy i wciąż wyczuwalnym zapachem kakao. Dzieci z Piaskowej Góry będą je zbierać, wygładzać paznokciami sreberka i wąchać tak długo, aż słodki zapach zniknie. Przed wojną wichrowe wzgórze nazywało się Sandberg. Tak napisano na mapie, którą Halina Chmura, matka Stefana, znalazła w mieszkaniu opuszczonym przez poprzednich lokatorów na Szczawienku. Napisana gotykiem nazwa tkwiła na baczność pośród drzewek i krzaków, po trzy kreski na krzak, jak włosy wyrastające z brodawki. Piasek, z którego zbudowana była góra, służył do wyrobu szkła w wałbrzyskiej hucie. Niemcy nigdy nie budowali na wzgórzu, stare robotnicze domy, które po nich zostały, zatrzymały się u stóp Piaskowej Góry i wypinały na nią okna kuchenne i łazienkowe. Nawet kozy niechętnie tam pasano i każde inne miejsce wydawało się lepsze parom szukającym chwili samotności. Diese Hure von Sandberg, mówiono o dziewczynach, które nie zważając na możliwość utraty opinii, bardziej nieodwracalną niż utrata cnoty, jednak gziły się w krzakach Piaskowej Góry z Hansem czy Fritzem. Przed wojną miasto zostawiało Piaskową Górę poza swoimi granicami, ale teraz połknęło ją i zaczęło trawić, już się Wałbrzychowi nie wymknie.
Wkrótce pozował Kazimierz Maślak przed kościołem na Szczawienku do zdjęcia z niepełnoletnią żoną Basieńką, w dwa razy na nią za dużym futrze z lisów narzuconym na ślubną sukienkę, w której wyglądała jak dziewczynka do komunii.
Tu trafiły im się dwa pokoje w kamienicy na Szczawienku, z widokiem na wzgórze, gdzie nawet szczawiu na zupę nie znajdziesz, bo liście dziurawe jak rzeszoto. A Władek Chmura lubił rwać szczaw, tak jak go matka uczyła, tylko górne, delikatne listki. Tłumaczyła mu, że jak rwie się dla smaku, jak oni, a nie z musu, to można sobie poprzebierać. Patrz, Władziu, jakie ten ma piękne listki, mówiła i to mówienie było jak śpiew. A tu nawet szczawiu. Taki świat drogi jechali, żeby żyć dwa piętra nad ziemią, z jednymi, co chodzą im po głowie, i drugimi, co oni im, i nawet kartofle kupować zamiast iść ukopać własnych.
A na początku kopali wszyscy, tyle że nie kartofle. Całe podwórze pod kamienicą zryli w poszukiwaniu tego, co Niemcy zakopali. A każdy co innego w myślach wykopywał. Komplet sztućców srebrnych, które babka spod Sambora miała wnuczce podarować, a nie zdążyła i w ogródku zakopała na wieczne nieodkopanie. Żeby tak tam zakopane tu odkopać – to byłoby sprawiedliwe. Ruble złote stracone na wykupienie ciotki, która i tak zwariowała – takie ruble powinny się zwrócić, powinny czekać w wałbrzyskiej ziemi, że wystarczy tylko obetrzeć i nadgryźć dla pewności, że nie fałszywy ich blask. Co to było za kopanie! Najpierw rzucili się do zamku Książ, przez krzaki, przez buczynowy las, bo poszła plotka, że tam Niemcy ukryli Bursztynową Komnatę. Zrywali więc podłogi, pruli ściany, wgryzali się w stiukowe sufity, dwóch utopiło się w zamkowej studni, jeden utknął w rurze kanalizacyjnej, ale nic nie znaleźli oprócz paru klamek mosiężnych i pogiętych łyżek z pałacowej kuchni.
Halina wolałaby, bo każdy w Wałbrzychu by wolał, zająć poniemiecki dom z ogrodem na Białym Kamieniu czy w Szczawnie Zdroju, gdzie nowi lokatorzy odkopywali spod krzaków całe zastawy kuchenne z napisem Bawaria pod spodem, święte figury wypełnione monetami, komplety sztućców i zegary stojące, które wciąż chodziły, a po deszczu porcelanowe tancerki i pastereczki same wystawiały blade rączki, nóżki spod ziemi, żeby je tylko znaleźć.
W dzień przyjazdu Władek zapalił żonie pierwszego papierosa i nic nie powiedział, gdy się zakrztusiła dymem, bo zawsze mówił niewiele, a od kiedy kazano im pakować manatki i wynosić się w nieznane, liczba używanych przez niego słów skurczyła się do tak-nie-dobrze-źle i jeszcze proszę-co-podać-dziękuję, gdy został kelnerem w restauracji Tęczowa. Zaraz po przyjeździe do Wałbrzycha Grażynka została recepcjonistką w eleganckim hotelu Sudety, ale wkrótce reputacja, niezmylona zmianą nazwy miasta z Waldenburg na Wałbrzych, dogoniła ją, bo tak naprawdę cały czas deptała jej po piętach.
Straciła pracę w Sudetach i zjechała do magla ręcznego na Szczawienku, gdzie zatrudnił ją właściciel, Ryszard Kowalski od Herty,
Dom, w którym państwo Chmura zamieszkali na Piaskowej Górze, nazywają Babel. Odmienia się Babela, Babelowi, z Babelem, o Babelu i nikt nie wie, kto ten Babel wymyślił. Na makiecie Piaskowej Góry największy budynek osiedla wyglądał całkiem niebrzydko, ale przede wszystkim, towarzysze, nowocześnie. Na tarasie kwitły plastikowe kwiaty, a wokół bujnie pleniła się trawa zrobiona ze skrawków zielonej wykładziny podłogowej. Młody ambitny architekt mówił o spotkaniach mieszkańców i matkach spacerujących z dziećmi po tarasie, o ogrodzie tarasowym, o który wszyscy będą dbać kolektywnie i rotacyjnie. Brać robotnicza będzie tam siadać po pracy, wśród roślin doniczkowych, gawędzić z sąsiadami. Sami porządni ludzie, górnicy, żony górników, dzieci górników i ich górniczych żon, ramię w ramię z inteligentami w pierwszym pokoleniu, po kolana tkwiącymi w straconych morgach. Praca Jadzi, w biurze Urzędu Miasta Wałbrzycha, na drugim piętrze, w pokoju z napisem Dział Referencji nr II, nazywa się tak w odróżnieniu od Działu Referencji nr I, który mieści się na pierwszym piętrze i nie różni w żaden inny sposób. Zatrudniono tu Jadzię sześć tygodni po urodzeniu dziecka dzięki pozycji wuja Kazimierza, który sięgnął w tym celu po znajomości z wyższej półki. Posadzono ją z czterema innymi kobietami referentkami, by codziennie przekładała z miejsca przyjścia na miejsce spoczynku skargi, wnioski i prośby, dzieląc je na pilne, średnio pilne i te, które najdłużej mogą poczekać na zmiłowanie. Cztery kobiety z Działu Referencji nr II mają po jednym mężu i po jednym dziecku, a drugie, do pary, planują w planach sześcioletnich, wszystkie mieszkają na nowym osiedlu Piaskowa Góra.
Na ziemi niczyjej, zwanej przez miejscowych po prostu Krzakami, między nowym osiedlem u góry i starym poniemieckim na dole, często odbywają się popijawy stojące lub siedzące, organizowane przez mężczyzn, których autobus przywozi tu z kopalni.
Po drugiej stronie ulicy Wrocławskiej jest sztuczny zbiornik z kopalnianą wodą, czarną i nieprzejrzystą. Zimą jeziorko nie zamarza nawet podczas najgorszych mrozów i błyszczy spośród śniegów jak wielkie czarne oko. Mówi się o nim jeziorko, bo w Wałbrzychu rzeczom nadaje się nazwy niedbale, jakby miały służyć tylko przez jakiś czas, żadne tam sakwojaże i leguminy – to jeziorko, w którym nikt nie pływa ani nie łowi ryb, ale przydaje się, gdy trzeba utopić psa albo kota. Dominika i Dimitri przechodzą na drugą stronę siatki przez dziurę nieopodal tabliczki Wstęp Surowo Wzbroniony Pod Karą Administracyjną. Woda, zarośnięta wokół chwastami, z których sterczą zardzewiałe żelastwa, błyszczy oleiście i pachnie jak asfalt po burzy. Tuż przy brzegu piasek jest spopielony, szary, otacza wodę równym pierścieniem metrowej szerokości. Pomost wcina się w czarne oko wody, na jego końcu rdzewieją resztki metalowej konstrukcji.
Na tyłach stawu przechodzą przez kolejną dziurę w siatce i wąską ścieżką przedzierają się przez chwasty. Tu już trzeba dobrze patrzeć pod nogi, czy coś nie błyszczy, bo zbliżają się do wysypiska huty szkła. Wkrótce błyskiem jest wszystko, aż po niebo piętrzą się szklane góry. To lodowe diamenty, rubiny jak wyssana landrynka, topazy z ruskich pierścionków w kolorze lemoniady w woreczkach.
W szkole podstawowej im. gen. Świerczewskiego łamią się nie tylko linijki. Tak rośnie armia przyboczna magister Demon. Na wuefie dzieci mogą się wyszaleć, a największą atrakcją jest kryty basen. To duma szkoły, żadna inna w Wałbrzychu go nie ma i dyrektor pokazuje go wszystkim odwiedzającym czynnikom partyjnym, zanim napiją się w jego gabinecie. Basen to przykład postępu w nauczaniu, które w szkole podstawowej im. gen. Świerczewskiego odbywa się na sucho i na mokro.
Mniejszy i starszy homoniewiadomo, Jeremiasz Mucha, był aktorem w miejscowym teatrze, gdzie grywał drugoplanowe role służących i wujów idiotów. Nie posiadał wielkiego talentu, ale nadrabiał prezencją. Ufarbowany na kasztanowo, ubrany, jakby zawsze była niedziela, nosił świeży kwiat w butonierce i nadawał się na scenę wprost z ulicy. Wygłaszał kwestie typu: powóz zajechał, jaśnie pani, przed publicznością złożoną z plujących słonecznikiem wycieczek szkolnych i zakładowych, a na widowni zawsze był homoniewiadomo większy i młodszy, i to on najgłośniej bił brawo. Jeremiasz Mucha dorabiał na dansingach w Tęczowej, śpiewając repertuar Jerzego Połomskiego, do którego był nawet podobny, a na pewno równie elegancki.
W Wałbrzychu były cztery licea, a to, do którego dostała się Dominika, uchodziło za najlepsze i zawistni nazywali je Oksfordem. W poniemieckim budynku, w którym przed wojną była szkoła dla chłopców, pozostały eksponaty w słojach, a ich obfitość pozwalała wnosić, że mali Niemcy posiedli sporą wiedzę o anatomii i strach pomyśleć, do czego niektórym z nich mogła się przydać po paru latach. W roztworze formaldehydu dryfowały wewnętrzne narządy ludzi i zwierząt; wypłukał się z nich kolor i wyglądały tak, jak być może wygląda śmierć, gdy pozbawić ją romantycznych masek – sinawy glut z nieczytelnym podpisem po łacinie. Był tam kalafior mózgu o porowatej powierzchni, z której odrywały się kłaczki materii, gdy kolejny ciekawy licealista potrząsał słojem. Były nerki ludzkie zjadane jakąś straszną chorobą, która też została uwieczniona – na dwóch fasolkach nawarstwiona pulpa rozłażących się pęcherzyków o jakby przypalonych brzegach. Wątroba, niepokojąco podobna do wątróbki sklepowej, wieprzowej lub wołowej, tego dziwnego mięsa biedaków, które wygląda jak ogromny skrzep krwi, leżała na dnie słoja, bo rozpadły się trzymające ją w pionie końskie włosy. Pokryta była zielonkawym nalotem, wyjątkowo nieświeża, i licealiści żartowali, że to wątroba profesora Guguły od przysposobienia obronnego, który zanim zaczynał opowiadać o strzelaniu i bandażowaniu, popijał z butelki trzymanej w szufladzie biurka. Delikatny zapach formaliny unosił się na korytarzach liceum i wsiąkał w ubrania. Na poddaszu było obserwatorium astronomiczne, gdzie można było ukryć się w pobojowisku zniszczonych instrumentów i starych ławek, by palić papierosy. W wałbrzyskim Oksfordzie uczyły się dzieci albo wyjątkowo zdolne, albo z plecami w postaci ojców lekarzy i pieczarkarzy, zaradnych matek w PZU lub chociaż z prywatną cukiernią. Jak ona sobie w tym Oksfordzie bez pleców poradzi, wzdychała Jadzia do teściowej podczas coniedzielnego obiadu, do którego rutyny obie przywiązane były bardziej, niż się przyznawały. O wiele przyjemniej przecież jest nie lubić się przy rosole i schabowym z ziemniakami. Zapraszały się więc na zmianę i przez następny tydzień zaproszona miała satysfakcję, że zrobiłaby wszystko lepiej niż zapraszająca, a potem na odwrót. Martwiła się Jadzia, że w Oksfordzie uczniowie swoimi samochodami pod szkołę przyjeżdżają, co trzeci ma a to malucha, a to ładę, a na lato z rodzicami do Bułgarii jeżdżą, do Rumunii. A co im z tego, że się wożą wte i wewte, unosiła się Halina, buchając dymem. Jeżdżą, jeżdżą, a wszędzie tak samo grube dupy mają. A Dominika ma w głowie! A i piją tam podobno, upierała się Jadzia. A gdzie nie piją, wszędzie piją, machała ręką Halina. Nie wspomniała Jadzi, że gdy Dominika dostała się do Oksfordu, ona wyjęła z kąta zakurzoną maszynę, by wnuczka wyglądała jak człowiek w nowej szkole. Mieszkanie na Szczawienku znów zamieniło się w pracownię pełną kolorowych ścinków, choć wzrok babki był już nieco mniej dokładny niż kiedyś. Najpiękniej wyszła Halinie czerwona sukienka z pieluszkowej bawełny własnoręcznie zafarbowanej na jaskrawą czerwień, jak mak. Przyłożyła do siebie w lustrze tę śliczną rzecz i zakręciła wokół jak w tańcu. Takiej kreacji nie powstydziłaby się nawet Grażynka Rozpuch.
któregoś razu Kazimierz Maślak tak zapił na Piaskowej Górze w restauracji Stylowa, że zgubił drogę do domu i gdy parcie na pęcherz stało się nie do zniesienia, pomylił cmentarz z parkiem, a potem krążył wśród grobów, szukając wyjścia, aż trafił przed kapliczkę Matki Boskiej, gdzie znużony padł krzyżem na pysk. Gdy rankiem obudził go chłód i zdrętwiałe ciało, zdołał podnieść się na kolana, po czym zamarł, bo ból w krzyżu unieruchomił go w pozycji modlitewnej, i tak zobaczył go proboszcz Postronek.
Czarna Madonna w kościele Niepokalanego Poczęcia na Szczawienku miała lekkiego zeza i uśmieszek kpiący jakby, choć smutny. Zaniedbana poniemiecka palmiarnia wyrastała na skraju miasta pośród państwowych pól ziemniaczanych i rachitycznych sadów niczym szkłem przykryty raj, jeszcze albo już niezamieszkany, puszczony samopas i pełen tropikalnych roślin, z których krople wody kapały jak wieczny monsunowy deszcz. Były tam drzewa miłe z wyglądu, jak na przykład zdziczałe bananowce rodzące maleńkie owoce i palmy daktylowe. Były liany i ogromne kępy liści przypominających rabarbar, kielichy kwiatów z rozchylonymi wargami, gnijące pnie porosłe trawą o jasnoczerwonych źdźbłach i oczka wodne mrugające rzęsą, spod której co chwila wydobywały się wielkie pęcherze powietrza, jakby jakieś zwierzęta miarowo oddychały w ich głębi. Były ławki zmurszałe i zasłonięte anielskimi włosami egzotycznych wierzb i ciemny tunel, na którego kamiennych ścianach rósł świecący niebieskawo mech, a drewniana podłoga nasiąknięta wilgocią miękko uginała się pod stopami. Wejścia strzegła tabliczka z napisem Wstęp wzbroniony. Groźba osunięcia stropu. Do palmiarni zimą prowadzano wycieczki szkolne z okolicznych podstawówek, chętnie odwiedzali ją również Niemcy z tego czy innego Castrop-Rauxel, a niektórzy z nich pamiętali palmiarnię sprzed lat, tuż po dziele stworzenia, lśniącą na oślep wypolerowanym szkłem. W głośnych grupach przedzierali się przez gąszcz, rozdeptywali opadłe owoce i wrzucali monety do oczek wodnych, żeby tu jeszcze wrócić, jak nie oni, to wnuki, i zrobić Ordnung w tym butwiejącym doprawdy sehr nieporządnie tropikalnym burdelu, ale nie wiedzieli, że wszystko co do feniga zostanie wyzbierane po ich wyjściu przez studentów wrocławskiej Akademii Rolniczej na praktykach zawodowych.
Na dyskotece w Domu Spółdzielcy na Piaskowej Górze stał pod ścianą i patrzył, którą by tu zamiast Jagienki, żeby tylko była blond, raczej nie za gruba, nie za chuda, lecz średnia.
Potem zaprosił Iwonę na krem sułtański do kawiarni Barbórka w wałbrzyskim rynku.
Grażynka pod przymusem znalezienia stałej pracy trafiła do sanatorium w Szczawnie Zdroju, gdzie posada na zmywaku miała jej pomóc utrzymać przy sobie dzieci, na które opieka społeczna ostrzyła sobie zęby. W podwałbrzyskim Szczawnie kiedyś królowie i cesarze leczyli wrzody i nerwy, po promenadzie w parku Zdrojowym spacerowali, sącząc wodę mineralną, grecki król z rumuńskim czy carem bułgarskim, ale po wojnie dawny splendor przygasł, a kuracjusze mieli brud pod paznokciami i nicowane koszule.
Grażynka pod przymusem znalezienia stałej pracy trafiła do sanatorium w Szczawnie Zdroju, gdzie posada na zmywaku miała jej pomóc utrzymać przy sobie dzieci, na które opieka społeczna ostrzyła sobie zęby. W podwałbrzyskim Szczawnie kiedyś królowie i cesarze leczyli wrzody i nerwy, po promenadzie w parku Zdrojowym spacerowali, sącząc wodę mineralną, grecki król z rumuńskim czy carem bułgarskim, ale po wojnie dawny splendor przygasł, a kuracjusze mieli brud pod paznokciami i nicowane koszule.
Do Dworca Miasto skręca się w prawo, ale nie przy prawie stu kilometrach na godzinę, a poza tym Jagienka nie wybiera się na dworzec, dziś nikt nie wybiera się na dworzec, a mury runą, runą mury i pogrzebią stary świat. Uderzenie w płot nie boli, odpadł tylko zderzak i pękła szyba, ale samochód nabiera szybkości, staczając się w kierunku wody, wprost na pomost, po którym przelatuje z hukiem. Uderza w resztki metalowej wieży na końcu pomostu, na którą kiedyś Dominika wspinała się z Dimitrim, i to on właśnie pojawia się na mgnienie oka w jej pamięci, czarnowłosy chłopiec z tornistrem pełnym rachatłukum.
Samochód rozpada się niemal na pół, a Dominika wylatuje przez przednią szybę i ląduje w wodzie ciemnej i gęstej jak smar. Jej niebywałe włosy, włosy buszmeńskie, łagodzą uderzenie, ale ostry odprysk przecina policzek od skroni do kącika ust, głęboko. Zapada cisza, ale rozdarta reflektorami samochodu ciemność nie zdąży powrócić na dobre, bo wrak malucha wczepiony w resztki pomostu zapala się z hukiem wybuchającego paliwa. W jeziorku topielicy-pajęczycy wybuch jest tylko głuchym pyknięciem otwieranej butelki szampana, ślizgający się po powierzchni ogień jak fajerwerki, ogniste konfetti, wśród których Dominika opada na dno. Ma złamany obojczyk i rękę, rozbitą głowę i pękniętą miednicę.
„Ciemno prawie noc”
Palmiarnia
Kiedy byłam dzieckiem, pracował jako ogrodnik w wałbrzyskiej palmiarni i odwiedzałam go w tropikalnym wnętrzu szklarni, a on pokazywał mi bananowce, euforbie, wybujałe aż pod szklany sufit araukarie, mięsożerne rosiczki i świecący mech. Brał mnie na ręce i unosił ku bujnej zieleni drzew, gdzie widziałam własne pomniejszone odbicie w kroplach wody na liściach. Oczarowana powtarzałam nazwy, których mnie uczył: araukaria, cantedeskia, euforbia.
Zostały po nim niezliczone mapy podziemi Zamku Książ i listy zakupów, na jakie przeznaczy skarb, którego nie udało mu się znaleźć. Na ciężkim poniemieckim biurku stała tam fotografia: ojciec, matka i dwie córki na tle sławnej budowli, zatopieni w letnim popołudniu sprzed prawie czterdziestu lat jak muchy w bursztynie. Zostałam tylko ja i zamek.
Gotycka figurka Matki Boskiej Bolesnej przechowywana jest w niewielkim, przysadzistym kościele pod jej wezwaniem w centrum Wałbrzycha, przy placu Kościelnym. Świątynia, mimo iż gruntownie przebudowana w osiemnastym wieku, zachowała swoją pierwotną przyziemną krągłość i obie z Ewą lubiłyśmy to miejsce. Według legendy tu, gdzie teraz stoi kościół, biło niegdyś źródło, wokół którego powstała pierwsza wałbrzyska osada. Górnicy w drodze do pracy pili z niego wodę i wierzono, że chroni ona przed złem, które czyha na nich pod ziemią.
Moje stopy miękko odbijały się od podłoża usłanego liśćmi i kolczastymi skorupkami buczyny. Ewa lubiła buczynowe orzeszki i teraz przypomniałam sobie ich cierpki smak, którego nie próbowałam od lat. Dotarła do mnie oczywista prawda, że za tym pejzażem tęskniłam we wszystkich miejscach świata, tym rodzajem tęsknoty, jakiego nie ukoi powrót, bo dotyczy ona rzeczy bezpowrotnie utraconych. Uświadamiam sobie, że wszystkie podróże, w które udawałam się kierowana wewnętrznym przymusem, podejmowałam za moją siostrę w złudzeniu, że gdy zobaczę to, co ona pragnęła zobaczyć, poczuję się mniej spustoszona i samotna. Rzadko używana ścieżka ginęła wśród chaszczy, las gęstniał i mimo iż wstał już świt, panowały tu mrok i cisza. Nie słyszałam nawet ptaków, jakbym była jedyną żywą istotą wśród starych drzew, krzewów kaliny i rododendronów, ulubionych roślin księżnej Daisy. Przez gęste korony buków nie widać było nieba, sączyło się stamtąd tylko nikłe szare światło. Wiedziałam, że to nie jest zwykły las, opowiadał mi o nim ojciec i pan Albert, opowiadała Ewa, która z racji swoich poszukiwań pereł księżnej Daisy przeczytała o tych ziemiach wszystko, co było do przeczytania w wałbrzyskiej Bibliotece pod Atlantami. Las, przez który biegłam, był częścią kompleksu określanego przez nazistów kryptonimem Riese. W jego skład wchodziła sieć obozów koncentracyjnych podległych Gross-Rosen, które ulokowane były w Górach Sowich i Książu. Przez tutejsze obozy przeszło trzynaście tysięcy więźniów, pięć tysięcy zginęło i spoczywają w tej ziemi. „Ektoplazma to ich niespokojne dusze”, mówiła moja siostra. Wszyscy więźniowie byli Żydami, pochodzącymi z wielu krajów Europy, w większości z Węgier i Polski. Pod koniec wojny Niemcy wykorzystywali ich do pracy przy budowie korytarzy pod Zamkiem Książ i bardzo dbali, by wszystko, co się tu wtedy działo, pozostało tajemnicą. Wiadomo było, że jeśli jakąś grupę skierowano do tego zadania, to nikt z niej nie mógł przeżyć. Ewa straszyła mnie, że w szabasowe noce ektoplazma w lesie pod Zamkiem Książ gęstnieje i o wpół do trzeciej z lasu wyłaniają się tłumy półprzejrzystych postaci o czerwonych oczach, wspinają się po ścianach jak pająki, pukają w okna domów, wpełzają do piwnic i walą w podłogi, proszą o szklankę wody, kawałek chleba, kartkę i ołówek, ale nikt nie słyszy ich głosu. Zostawiałyśmy dla żydowskich duchów chleb na parapecie i zawsze, gdy znikał, odczuwałam ulgę, nawet jeśli rozsądek podpowiadał mi, że okruchami pożywił się szczur albo ptak.
Ścieżka wciąż się wspinała, ale teraz bardziej wyczuwałam ją pod stopami, niż widziałam. Była zarośnięta i rzadko używana, na twarzy osiadł mi strzępek pajęczyny. Dobiegłam do szczytu wzniesienia i zatrzymałam się, by poćwiczyć na płaskiej łysinie. Przez nisko wiszące chmury przebiły się promienie słońca i ciemność lasu wydawała się dawno minionym snem, płonął teraz czerwienią i złotem. Widziałam stąd Zamek Książ. Trzy części budowane w różnych okresach płynnie przechodziły jedna w drugą i tworzyły całość majestatyczną i potężną, ale pozbawioną pruskiej ociężałości. „Najpiękniejszy, Alicjo”, przypomniałam sobie głos ojca. Najpiękniejszy zamek świata, ojciec nigdy w to nie zwątpił, choć nie udało mu się poznać jego tajemnicy. Po ścianach wspinał się jesienny bluszcz i wydawało się, że budowlę trawi ogień, który podpełzł pod jej mury z ogarniętego pożarem lasu. W moim umyśle na mgnienie oka błysnął obraz ogniska rozpalonego na głównym dziedzińcu, tak wyraźnie, że poczułam zapach spalenizny, ale ten obraz nie był częścią żadnej sekwencji. Być może siostra opowiadała mi jakąś historię, której okruch pozostał w mojej głowie, jeden z wielu fragmentów jej porozsypywanych opowieści. „Tu spacerowała Daisy, Wielbłądko”, Ewa z przejęciem naśladowała dostojny krok damy, wachlowała się nieistniejącym wachlarzem. „Latem w brabanckich koronkach, zimą w merynosach, a jesienią ubrana jak my księżna Daisy zbierała kasztany”, moja siostra mówiła o tym tak, jakby w poprzednim wcieleniu przebywała stale w towarzystwie ostatniej pani na Zamku Książ. Patrzyłam w stronę zamku i myślałam o Ewie, która podnosiła brązową lśniącą kulkę i cieszyła się, kiedy znalazła masełko, kasztan z płaską powierzchnią, przyklejony do swojego bliźniaka w łupinie. Pomagała mi robić kasztanowe zwierzątka o nogach z zapałek. Odczuwałam dziwny żal, gdy po kilku dniach ich lśniące brzuszki i główki kurczyły się i wysychały, przechodząc przyspieszony proces ludzkiego starzenia się. „Tu”, mówiła Ewa i stukała w ziemię, „tu gdzieś są perły księżnej Daisy, przyłóż ucho i słuchaj, perły czasem śpiewają w ciemności, to ich sposób, by nie stracić blasku”. Kładła palec na usta. „Słyszysz?” A gdy klękałam, by przyłożyć ucho do ziemi, moja siostra zaczynała nucić.
Do dziś nie wiadomo, gdzie spoczywa ostatnia pani na Zamku Książ. Rosjanie, którzy wkroczyli tu w maju 1945 roku, zapamiętale szukali jej grobu, licząc na to, że pochowana została w słynnych perłach. Jednak wcześniej jej zwłoki przeniósł i ukrył wierny sługa, o którym krąży w okolicy wiele legend. Nie wiadomo, kim był, i mimo poszukiwań nie udało się znaleźć księżnej Daisy. Symboliczne miejsce jej pochówku, małe mauzoleum u stóp Zamku Książ, jest puste. Poszukiwacze przygód, jak mój ojciec, do dziś błąkają się wśród drzew z pożółkłymi mapami i liczą kroki według tajemnych szyfrów, ale dotąd nie trafili na żaden pewny ślad. Wiosną kwitną w całym lesie rododendrony, które lubiła Daisy, i gdy kiedyś rozeszła się plotka, że pod jednym z krzaków ukryty jest naszyjnik, ludzie wiele roślin zniszczyli. Jakimś cudem na ich miejsce pojawiły się jednak nowe i wiosną znów zakwitły. W opowieści o Zamku Książ i jego pani jest coś, co i mnie zawsze pociągało. Księżna Daisy intrygowała mnie dlatego, iż sądziłam, że gdy pojmę tajemnicę uroku pani na Zamku Książ, zrozumiem, co czuła moja siostra, za czym tęskniła. Dzięki opowieściom Ewy ta kobieta, która umarła na długo, zanim się urodziłam, stała się dla mnie równie realna, jak dla innych dzieci ciocie i wujkowie z sąsiedniego miasta. pojechałam przez znów tonące w deszczu ulice na Nowe Miasto, gdzie mieszkała Barbara Mizera.
Ta dzielnica, rozciągająca się na Parkowej Górze i Niedźwiadkach, powstała jako luksusowa i nowoczesna część Wałbrzycha, ale po wojnie szybko zeszła na psy. Jedno z najładniej położonych i najciekawiej zaprojektowanych osiedli, które trafiło się Polsce z drugiej ręki, powoli stawało się slumsem, ale Nowe Miasto nadal miało urok niczym zniszczone ciało rozpięte na szlachetnie uformowanych kościach. Ludzie uciekali stąd w niezrozumiałym pośpiechu do przerażających bloków z wielkiej płyty, jakby z pięknych kamienic wypłoszyły ich duchy poprzednich właścicieli. Kiedyś 22 Lipca, teraz 11 Listopada, ulica zmieniła nazwę, ale wyglądała niemal dokładnie tak samo jak wówczas, gdy przychodziłam dwa domy dalej do koleżanki z klasy, Małgosi, której miałam pomagać w lekcjach w ramach ambitnego pomysłu młodej nauczycielki.
Najpierw zwiedzaliśmy ruiny mauzoleum Hitlera, ukryte nieopodal, na pięknym płaskowyżu z widokiem na Nowe Miasto. Ojciec znał każdy szczegół historii tego miejsca. Budowę Mauzoleum Dumy, Chwały i Siły zaplanowano po odwiedzinach Hitlera w Wałbrzychu w 1932 roku, w 1938 zostało uroczyście otwarte. Doprowadzono nawet gaz i aż do powojennej ucieczki Niemców z Wałbrzycha płonął tu znicz Walhalli. Potem mauzoleum niszczało powoli i nieubłaganie, zarastając jak Angkor Wat.
Jechałam ulicą 11 Listopada przez miasto przypominające o tej porze akwarele jakiegoś ponurego artysty, używającego tylko brązu, brudnej bieli i szarości, rozpływające się przed moimi oczami w nicość.
Rozpoznałam opuszczony poniemiecki kompleks sportowy. Oprócz stadionu był tu odkryty basen, zrujnowany i od dawna nieczynny, a już w czasach mojego dzieciństwa zaniedbany, ukryty wśród drzew, których liście opadały na powierzchnię wody. Ewa uczyła mnie tam pływać.
Stadion z powoli zarastającymi resztkami ławek na widowni przypominał ruiny antycznego amfiteatru. Obeszłam jego koronę jak samotny duch dawnych igrzysk i usiadłam na zmurszałej ławce nieopodal basenu. W wilgotnym powietrzu unosił się zapach chlorowanej wody, który dobiegał z mojej pamięci. „Jedziemy na basen, Wielbłądko!”, powiedziała moja od dawna martwa siostra, a ja poczułam jej obecność jak dmuchnięcie w kark. Dni spędzane z Ewą na basenie najbliższe były temu, co można uznać za miłe wspomnienie z dzieciństwa.
Zaprzyjaźniłem się ze starym garbatym mężczyzną, znanym w Wałbrzychu jako Fredi der Gärtner. Fredek Ogrodnik, który pracował na Zamku Książ i wiedział wszystko o każdej tamtejszej roślinie i każdym kamieniu.
Stałem przy Fredku Ogrodniku, gdy księżna Daisy opuszczała Zamek Książ w 1941 roku. Pretekstem do eksmisji były dla esesmanów długi zamku i to, że go potrzebowali do swoich celów, ale wiedziano też o proalianckich sympatiach księżnej. Plotkowano, że w brytyjskiej gazecie ukazało się zdjęcie jej syna w mundurze RAF-u, i to pewnie przesądziło o losie ostatniej pani na Zamku Książ. Pracownicy zamku utworzyli szpaler na podjeździe, gdy dwóch służących niosło księżną Daisy na fotelu do czekającego samochodu. Towarzyszyła jej służąca, była teraz jeszcze chudsza i jeszcze bardziej podobna do kota, mrugnęła do mnie, gdy nas mijali. Znałem wielu ludzi z Zamku: dwie niesympatyczne pomywaczki, które nieraz przychodziły do Gertud na plotki, lokaja słynącego z mocnej głowy do alkoholu, jednego ze stajennych i jego kilkuletnią córkę Elwirę, która nieraz kręciła się przy nas w zamkowych ogrodach. Wszyscy zastanawiali się pewnie, co się z nimi stanie. Księżna była bardzo blada i wyglądała tak elegancko, jakby wybierała się na spacer, a nie na wygnanie. Dziewczynki przyniosły jej kwiaty, Elwira też podeszła do niej i podała jej bukiet margerytek. To jeden z obrazów Daisy, które przechowuję w pamięci: księżna z bukietem białych kwiatów w dłoni po raz ostatni patrząca na Zamek Książ. Gdy Daisy odjechała, zaczął padać deszcz i ludzie mówili, że niebo płacze po niej. Czuliśmy, że księżna nigdy nie wróci na zamek. Po wygnaniu Daisy cały kompleks stał się siedzibą Organizacji Todt i w Wałbrzychu zaczęto szeptać, że esesmani na Zamku Książ przygotowują coś naprawdę wielkiego. Prace naziemne i podziemne prowadzone były też w innych partiach Sudetów i większość wałbrzyszan podejrzewała, że Zamek Książ przeznaczony został na nową kwaterę Hitlera.
Dorabiał w ogrodzie przy szpitaliku, prowadzonym przez zakonnice na Starym Zdroju, i nieustannie przemieszczał się po wałbrzyskich wzgórzach, objuczony koszami i workami. W tamtym czasie było już jasne, że jedyne, co być może da się ocalić, to pamięć miejsc i ludzi, bo koniec naszego świata jest blisko.
Wtedy znów spotkałem księżnę Daisy, która mieszkała teraz w willi w centrum miasta. Fredek Ogrodnik poprosił, bym zaniósł tam cebulki tulipanów, a ja wiedziałem, że w wiklinowym koszyku jest coś jeszcze. „Gdyby coś się stało, możesz zdradzić, od kogo to masz, ale nie wolno ci powiedzieć dla kogo. Rozumiesz?”, zapytał. Przytaknąłem. W tym czasie, gdy coraz bardziej oczywista stawała się klęska Hitlera, esesmani kręcili się wokół Zamku Książ ze zdwojoną energią, a podziemne prace szły pełną parą i Gertrud narzekała, że w piwnicy naszego domu ciągle zbiera się woda. Kiedyś coś tak tąpnęło, że pospadały talerze z kredensu. W lesie za naszym domem nieraz było słychać strzały i krzyki, rodzice nie pozwalali już dzieciom tam się bawić. Znałem każdą ścieżkę w lesie i każde ukryte wejście pod ziemię. Służąca wzięła kosz z cebulkami i po chwili poprosiła mnie do swojej pani. Nie sądziłem, że księżna przyjmie mnie osobiście, chociaż o tym marzyłem. Nagle stałem się bardzo świadomy tego, jak wyglądam. Paznokci brudnych od grzebania w ziemi, za krótkich spodni i źle obciętych włosów. Na fotelu przy kominku siedziała starsza dama, drobna i białowłosa, tylko oczy nadal miała młode, takie jak na słynnym zdjęciu z perłami. Obok jej fotela stał kosz, który przyniosłem, a na kolanach trzymała plik dokumentów, ukrytych przez Fredka Ogrodnika pod cebulkami.
Lato 1943 roku było upalne, powietrze nad polami gotowało się, a ja nie mogłem wytrzymać z niepokoju, bo od kilku tygodni nie widziałem księżnej Daisy. Wiedziałem od Fredka Ogrodnika, że była chora, i nawet próbowałem modlić się za jej powrót do zdrowia w ponurym ewangelickim kościele na Szczawienku, do którego zabierała nas Gertrud. Moje modlitwy na nic się nie przydały i 29 czerwca księżna zmarła. Widziałem ją. Fredek Ogrodnik zabrał mnie na pogrzeb, oprócz nas i podobnej do kota służącej uczestniczyło w nim tylko kilka osób. Trzymaliśmy się z tyłu: ja, Mały Fredek i stara kociara ze Szczawienka, Apolonia Kitti Kitti, na wyścigi z pastorem szepcząca jakąś swoją modlitwę, której słów nie mogłem odczytać z ruchu jej ust. Suknia księżnej Daisy przez łzy wydawała mi się utkana ze światła. Nie miała na szyi pereł, o których krąży w Wałbrzychu tyle opowieści. Pochowaliśmy ją w mauzoleum przy Zamku Książ, gdzie był grób jej zmarłej w niemowlęctwie córki i kilkuletniego syna. Było już za późno, by kwitły ulubione rododendrony księżnej Daisy, ale wiedziałem, że gdy przyjdzie wiosna, właśnie tutaj posadzę te najpiękniejsze.
Spotkałem kiedyś Apolonię w lesie koło Starego Zamku, nieopodal Pełcznicy, w której czystej, zimnej wodzie lubiłem brodzić. W miejscu Madrasu otwarto teraz sklep mięsny. Madras był niegdyś mroczną herbaciarnią z wydrukowaną na kartach uwięzionych pod szklanymi blatami stołów długą listą herbat, z których dostępna była tylko ekspresowa w szklankach, ale i tak nikt tu nie przychodził na herbatę. Główną atrakcją Madrasu były basie, firmowe ciastka Wałbrzycha, ochrzczone imieniem patronki górników.
na Sobięcin, na ulicę Kolejarską. W przeciwieństwie do Nowego Miasta ta biedna dzielnica nigdy nie cieszyła się dobrą sławą. Jednak w czasach, gdy działały kopalnie i płonął palnik koksowni, miała swój rytm pracy i odpoczynku, a bez tego wszystko rozpada się i karleje. Teraz, tak jak na Nowym Mieście, zostali tu ci, którym się nie powiodło, bezrobotni, nieporadni i rozpici, a także ci, którzy uznali, że chcą tu być, bo trudno nie chcieć po pięćdziesięciu paru latach, co się nie wrócą. Od czasu do czasu jakiś fotograf robił tu artystyczne zdjęcia biedy, która tylko na fotografiach bywa malownicza.
Na tę część Sobięcina, w której mieszkał z babcią wielkouchy Patryk Socha, mówiono Palestyna, bo osiedliło się tu po wojnie wielu Żydów, biednych niedobitków, jak nazywał ich nasz ojciec. Nazwa Palestyna została, tak niedoskonała jak wszystkie inne nazwy w tym mieście przybłędów.
Dom Dziecka „Aniołek” na Starym Zdroju nawet w słoneczne południe wyglądał złowieszczo, a co dopiero w listopadowej szarudze i marznącej mżawce.
Przed wojną ten budynek zamieszkiwały zakonnice, które prowadziły tu hospicjum. Stary Zdrój, dziś podobnie jak Sobięcin rozpadająca się dzielnica biedy i bezrobocia, nazywał się kiedyś Altwasser i był eleganckim kurortem. Tryskały tu uzdrawiające źródła, które potem zniszczyło górnictwo, podobnie jak to, które zasilało studzienkę w kościele Matki Boskiej Bolesnej w centrum Wałbrzycha. Dużo zieleni i blisko eleganckiego Nowego Miasta, siostrom musiało być tu dobrze. W jednym z artykułów, jakie wygrzebała dla mnie Celestyna, chwalono je za nowoczesne podejście do umierających, których traktowały ponoć z należytą troską. Przyjmowały również pacjentów, którzy nie mogli wspomóc zgromadzenia, i wspomniano jedną taką osobę, niejaką Amelię Katz, bez stałego miejsca zamieszkania i dochodów, ale z bagażem ponad stu przeżytych lat i dwoma kotami. Dumą sióstr był bujny ogród, najpiękniejszy w okolicy. Kościelne wydawnictwo z tamtego okresu sugerowało, że w latach trzydziestych miały tu miejsce nadprzyrodzone wydarzenia. Podobno, jak w podniosłym duchu pisał autor, ze szpitala sióstr szło się prosto do nieba, a gdy umierała stutrzyletnia Amelia Katz, dwoje świadków, siostra o imieniu Agnes i ogrodnik, widziało Matkę Boską Bolesną. Patronka Wałbrzycha unosiła się nad klombem z kwitnącymi lewkoniami przy dźwiękach Stabat Mater Pergolesiego, a jej smutna twarz przybrała „wyraz niebiańskiego wprost spokoju”. Niewątpliwie była to Matka Boska z dobrym gustem muzycznym. Na wyblakłym zdjęciu miłosierne siostrzyczki pozowały na tle budynku w porządnie ustawionej grupie, z przełożoną pośrodku i kilkorgiem pacjentów na wózkach. Na klombach po dwóch stronach kadru kwitły kwiaty, prześwietlone na biało jak kornety zakonnic, a na pierwszym planie fotograf uchwycił dwa spokojnie przechadzające się koty. W 1942 roku siostry porzuciły jednak swoją siedzibę i opuściły Wałbrzych. Wczesną jesienią tego roku wydarzyła się tragedia, którą szczegółowo opisały gazety. Ktoś podpalił trzech pacjentów w ich pokojach. Dwie kobiety i mężczyzna spłonęli żywcem, a jedna z sióstr, które ruszyły na ratunek, doznała poważnych oparzeń twarzy. Dwudziestotrzyletnia siostra Agnes. Ogrodnik, który wykonywał dla sióstr cięższe prace, opowiadał, że zanim wybuchł pożar, na terenie szpitala działy się inne złe rzeczy. Najpierw ktoś zniszczył kwiaty i krzaki malin, połamał młode drzewka, a kilka tygodni później powiesił na bramie dwie białe kotki Amelii Katz. „Zło się rozkrzewia”, powiedział ogrodnik, „zło się rozkrzewia, widać ich wszędzie”. Sprawdziłam, czy nie pomyliłam niemieckiego zaimka. Ich. Coś przykuło moją uwagę w postaci ogrodnika, gdy przyjrzałam się zdjęciu. Proporcje. Nie można było rozpoznać wieku ani twarzy, ale wsparty na grabiach malutki mężczyzna miał wyraźnie zniekształconą sylwetkę. Jedna połowa jego ciała była krótsza, miał garb. Fredek Ogrodnik z opowieści pana Alberta, byłam pewna! Nigdy nie wykryto sprawcy podpalenia, a siostry najpierw poprosiły zwierzchników o egzorcystę, a gdy najwyraźniej jego interwencja nie pomogła, o przeniesienie.
Po wojnie założono w opuszczonej przez siostry siedzibie państwowy sierociniec. Dom Dziecka „Aniołek” działa tu dopiero od piętnastu lat.
Przyszła akurat zima taka, że do Dziećmorowic przez parę dni autobusy nie dojeżdżały, a chałupę Rybów zasypało do połowy okna. Trzecie liceum na Sobięcinie skończyła. Ten sam rocznik co mój syn. Tylko Mareczek chodził do biologiczno-chemicznej, bo marzyło mi się, że lekarzem zostanie. Ona do ogólnej. Liceum stoi tak blisko kopalni, że jak otwierali okna, to zeszyty były na Podzamcze, gdzie między dwoma gigantycznymi do mami z wielkiej płyty był parking pana Alberta.
Byliśmy tam, gdy rozwaliły drzwi mauzoleum księżnej Daisy, i razem z nimi pracowaliśmy w pocie czoła. Nie rozumiałem, co się dzieje, ale ufałem tym dziwnym kobietom, które widziały w ciemności. Wynieśliśmy trumnę z grobowca, a potem biegliśmy przez noc za konduktem kociar, bo oboje z Rosemarie byliśmy za mali, by pomóc im dźwigać zwłoki ostatniej pani na Zamku Książ. Nie mogę ci powiedzieć, gdzie pochowaliśmy księżną Daisy. Obiecałem, że nikomu nie zdradzę tego miejsca. Ona tu jest, niedaleko, i każdej wiosny kwitną nad nią ulubione rododendrony, a ja, póki żyję, będę o nie dbał. Gdy zasypaliśmy nowy grób księżnej Daisy, wstawał świt i wziąłem Rosemarie za rękę, bo wydawał mi się złowieszczy. Kociary przyłożyły palec do ust. Zrozumiałem, że one też to czują.
Pewnie byli poszukiwaczami skarbów, którzy wciąż przekopują las pod Zamkiem Książ, jak kiedyś mój ojciec. Ich liczba wzrasta, gdy w lokalnej prasie pojawi się kolejny artykuł na temat projektu Riese i kosztowności Hitlera albo gdy archeologowie z Wrocławia odkopią nowy kawałek korytarza. Pod tym miastem ciągle toczy się życie, trwa w ciemności krecia robota.
Wszyscy zginiecie (I wtedy nastąpił pierwszy kontakt na obiekcie Książ…
To był Orzeł. Dlatego udało mu się podejść tak blisko. Chłopak będący na posterunku obserwacyjnym, jak zobaczył znajomą postać brygadzisty, zapytał:
– Co? Zmieniłeś zdanie?
Ale Orzeł nie odpowiedział. Z przodu wyglądał normalnie, nie widać było śladów nieszczęścia, które mu się przydarzyło. Tymczasem cały kark miał rozorany zębami potwora, który widocznie nie był wystarczająco silny i szybki, by ofiarę powalić na ziemię i pożreć. Zdążył tylko poważnie zranić Orła, który najwidoczniej uciekł przed monstrum, ale już nie przed przeznaczeniem. Jego los był przesądzony, bo każdy, kto miał bliższy kontakt swojej krwi ze śliną lub krwią nieumarłych, z czasem zamieniał się w jednego z nich. Generalnie, gdy dorwali któregoś z naszych, to rozrywali na strzępy.)
Trasa IV Unisław Śląski – Lesista Wielka (szczeliny wiatrowe) – Kowalowa – Sokołowsko
Powieści związane z trasą:
• Joanna Bator, Gorzko, gorzko, Wydawnictwo Znak, Kraków 2020
• Olga Tokarczuk, Empuzjon. Horror przyrodoleczniczy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2022
• Agnieszka Jeż, Pastwa, Wydawnictwo Luna, Warszawa 2024
Centralnym miejscem trasy IV jest wieś Sokołowsko w gminie Mieroszów, do roku 1946 nosząca nazwę Görbersdorf. Literacką popularność przyniosła mu powieść Joanny Bator Gorzko, gorzko. Opowiada ona historię czterech pokoleń kobiet z rodu Hansa Kocha, wytwórcy wędlin z Langwaltersdorfu (Unisław Śl.). Jej akcja zaczyna się w roku 1938, a kończy w czasach współczesnych. Powieść fascynuje wykreowanymi w niej postaciami kobiecymi, atmosferą rodzinnego thrillera, świetnie oddanymi realiami czasów, w których toczy się akcja, a wędrując śladami bohaterek można zwiedzić nie tylko Sokołowsko i jego okolice, ale również Wałbrzych (trasa I).
Akcja Empuzjonu Olgi Tokarczuk rozgrywa się w roku 1913, gdy Görbersdorf był słynnym na całą Europę uzdrowiskiem dla osób chorych na płuca. Jednym z elementów kuracji były spacery, toteż czytając tę powieść, możemy wraz z jej bohaterami przemierzać Sokołowsko, okoliczne szlaki i atrakcje, m.in. szczeliny wiatrowe na Hohe Heide (dziś Lesista Wielka). Jak wskazuje podtytuł, powieść utrzymana jest w klimacie horroru, lecz trzeba też ją czytać poprzez nawiązania do Czarodziejskiej góry Tomasza Manna oraz zwracać uwagę na treści feministyczne i ekologiczne.
Bohaterka powieści kryminalnych Agnieszki Jeż, komisarz Sonia Kranz, kieruje komisariatem policji w Mieroszowie, samotnie wychowuje nastoletnią córkę i romansuje z Pawłem Dębskim, który od niedawna mieszka w Sokołowsku. Poruszając się pieszo lub samochodem marki fiat 500, przemierza drogi między Mieroszowem, Kowalową, Unisławiem, Sokołowskiem oraz Wałbrzychem i tropi sprawców zbrodni popełnianych w tej okolicy. Powieść Pastwa nawiązuje do niektórych wątków Gorzko, gorzko Joanny Bator i dlatego umieszczono ją w ramach trasy IV, lecz również pozostałe kryminały z serii Sprawy Soni Kranz wiążą się z tą przestrzenią. .
OPIS TRASY IV
Cytaty z powieści Empuzjon
1. Przyjazd do Sokołowska

,… Ów Wojnicz przemierza teraz halę główną dworca w Dittersbach, które leżało niedaleko Waldenburga, idzie niepewnie przez ponure wysokie pomieszczenie, w którym na najwyższych gzymsach zapewne mieszka echo…”. Sprawdza na wielkim zegarze godzinę – późna, to ostatni pociąg z Breslau.”
W końcu po jakichś trzech kwadransach, wynurzają się z cienia lasu i wjeżdżają w zaskakująco płaską dolinę, nieoczekiwany tutaj płaskowyż między zalesionymi górami.
– Görbersdorf – odzywa się nagle woźnica ( …).
Bryczka skręca teraz w boczną wąską dróżkę wzdłuż strumienia, mija mostek (…). W końcu staje przed sporym drewnianym budynkiem o przedziwnej architekturze, która przywodzi na myśl dom z zapałek tyle tam werand, balkoników i tarasów. Pod oknami pierwszego piętra widnieje piękny napis szwabachą wycięty: Gasthaus für Herren (Zajazd dla Panów).

2. Położenie geograficzne Sokołowska (Görbersdorfu)
Na Śląsku Pruskim o ćwierć mili od granicy Czech, o 11 mil na południowy zachód od Wrocławia, w długiej dolinie ciągnącej się ze wschodu na zachód pomiędzy Riesengebirge (Karkonosze) i Adlergebirge (Góry Orlickie) leży w powiecie waldenburskim nad rzeką Sztejna urocza wioska Görbersdorf, słynna od lat kilkudziesięciu jako stacja klimatyczna górska dla chorych piersiowych. Poziom Görbersdorfu jest wzniesiony na 570 metrów nad powierzchnią morza, w pasie, który nauka lekarska nazywa ,,wolnym od suchot”. Otaczające go góry dosięgają 900 metrów. Osłaniają one wieś i jej zakłady lecznicze od wiatrów, które dochodzą tu osłabione; stąd panuje tu cichość powietrza jak rzadko w której dolinie.
3. Spacery po Sokołowsku

“W samym Sokołowsku nie było wiele tras spacerowych, oprócz wytyczonego przez kuracjuszy szlaku deptakiem od sanatorium w górę wsi. Idąc nim mijało się miły dla oka mały kościółek, a za nim kilka wznoszących się wzdłuż głównej ulicy okazalszych domów z własnymi nazwami: Villa Eliza, Villa Szwajcaria, Villa Adelajda i temu podobne. Przy kościele droga rozwidlała się. Można było skręcić w prawo i iść przez park obok niedużej pijalni wód aż do maleńkiej cerkwi…. Za cerkwią znajdowały się dwa stawy…potem zaś przy drodze znowu kilka willi oraz elegancka restauracja…Jeśli wybór padł na drogę wprost- szło się wciąż pod górę, przekraczając wijący się strumień kilka razy niezliczonymi mostkami, a potem kładkami….Ostatni domek był dość pokażną leśniczówką z bali…Ubity trakt zmieniał się tu w kamienistą wąską drogę…”.
4. Kostnica

,,Idąc dalej, zobaczyli czterech pielęgniarzy niosących trumnę z kurhausu do kostnicy – podłużnego, niskiego budynku obok sanatorium, który miał być prosektorium…”
5. Cmentarze ,,…najbliższe cmentarze są we Friedlandzie (Mieroszów) i Langwaltersdorfie (Unisław Sląski) i tam wozi się ciała….”
6. Grobowiec dr Brehmera

” Wspięli się teraz nieco wyżej, ponad stawy, gdzie otworzyła się przed nimi piękna alejka wysadzana tujami, u której końca stała nieduża budowla przypominająca niewielką kaplicę”. “-Bo to jest grobowiec. Tu kazał się pochować doktor Brehmer, właśnie to miejsce wybrał sobie, żeby nawet po śmierci mieć zakład leczniczy na oku. Stąd wszystko pięknie widać”.
7. Cmentarz w Langwaltersdorfie (Unisław Śląski)

“Jechali wzdłuż górskiej rzeki, na której zapobiegliwi mieszkańcy utrzymywali stawy, gdzie hodowano biedne pstrągi.” “Teraz dopiero można było uświadomić sobie, jak niezwykłe jest położenie tej wsi wjeżdżało się tu bowiem pod wiaduktem kolejowym, przez dość wąski przejazd, w którym ledwie mogą wyminąć się dwa konne wozy…”Za tą bramą rozpościerał się właściwy Görbersdorf i cała dolina usadowiona ponoć nad wielkim podziemnym jeziorem, między górami gęstymi, choć niezbyt wysokimi.” ”Cmentarz w Unisławiu Śląskim był stary i ciasny, nieobliczony zapewne na zmarłych z sanatorium, którego tu jeszcze nie było, gdy zakładano nekropolię; zaraz zabraknie na nim miejsca. Leżał przy smukłym kościele prawie na skrzyżowaniu dwóch wybrukowanych dróg, z których jedna wiodła do Waldenburga, a druga szerokim, jasnym płaskowyżem przez Nieder Wüstegiersdorf (Głuszyca) do Glatzu (Kłodzko)”
8. Mieszkańcy kurhausu.
” -Wiesz, drogi przyjacielu, że w kurhausie jest sprawiedliwie: są dwa oddziały, dla chorych pierwszej i drugiej klasy. Kuracja pierwszych z pomieszkaniem od dwustu czterdziestu do trzystu marek na miesiąc, w zależności od pokoju, a tych drugich od stu trzydziestu do stu sześćdziesięciu marek. Jest także projekt utworzenia klasy trzeciej dla zupełnie biednych…”.
9. Opis głównego gmachu sanatorium i innych kurhausów.

“Wielki gmach sanatorium było widać jak na dłoni prawie z każdego miejsca w Görbersdorfie. Jego mury z czerwonej cegły pięknie lśniły w jesiennym słońcu, a ostre wieżyczki, udawały gotyk…”.
“Ogromny budynek wyglądał dość absurdalnie w tej głębokiej dolinie, wśród niezamożnych domostw tutejszych mieszkańców oraz kilku okazałych willi uzdrowiska rozrzuconych na zboczach, wybudowanych jakby na zapas jako części osady, która dopiero tutaj powstanie w przyszłości”.
“Miasteczko było tak schludne i ładne, że przypominało rysunek z puszki pierników, które Wojnicz dostał kiedyś od stryja – śliczne kształtem domy, a w oknach koronkowe firanki, w drzwiach piękne klamki, przed domami płotki, kwiatki, szyldziki, wszystko zadbane i odsprzątane”. Kilka domów zbudowano z myślą o kuracjuszach, szczyciły się więc ozdobnymi balkonami,wykuszami tarasami, niektóre w szwajcarskim stylu, z drewnianymi, pięknie ozdobionymi gankami i werandami. Fascynowały go rozrzucone w parku kurhausy. Najstarszy, zwany Weiβes Haus, liczył 20 pokoi i był pierwszym budynkiem całego zakładu przyrodoleczniczego, założonego przez szwagierkę doktora Brehmera, która bez powodzenia próbowała tutaj w połowie XIX wieku uprawiać wodolecznictwo.”
“Bliżej ulicy stał wielki Altes Kurhaus – otwarty w 1863r., liczący 40 pokoi. Powstały pózniej Neues Kurhaus użyczał pacjentom z całego świata 70 pokoi, a w piwnicy północnego skrzydła mieścił inhalatorium i prysznice do kąpieli leczniczych w zimie. Oba budynki zostały zręcznie połączone przeszklonym pasażem, w którym urządzono ogród zimowy i czytelnię”
” W Villi Rosa, którą szczególnie sobie Wojnicz upodobał w czasie spacerów, były pokoje dla lżej chorych” “Podobało się Wojniczowi, że oprócz tych pięknych i wystawnych obiektów dla zamożniejszych kuracjuszy Göbersdorf miał także Volksheilstätten – Abteilung, czyli oddział leczniczy dla ludu – miejsca …z dala od głównego terenu, rozrzucone po wsi w prywatnych domach”.
10. Świątynia Humboldta.

“Powyżej willi (Rosa) znajdowała się świątynia ku czci Humboldta z jego popiersiem; za życia Brehmera w lecie w niewielkiej muszli niedaleko owej świątyni odbywały się koncerty”.
11. Nalewka Schwarmerei
” Nalewka smakowała rzeczywiście egzotycznie – była słodka i gorzka jednocześnie., przy tym ostra, jak słynne Sieben – Krauter (nalewka z siedmiu ziół, m.in.piołun, lubczyk, kwiat mniszka, lukrecja, dziurawiec, litwor, kwiat kasztanowca itd.), do tego czuło się w niej jeszcze jakiś posmak mchu, lasu, czegoś jak piwniczne drewno i jak lekko spleśniałe jabłka” ” Chodziliby z Rajmundem na grzybki kapturowe zalewali je alkoholem i produkowali Schwarmerei.”.
12. Szczeliny wiatrowe
” Obiecał, że po pogrzebie (pochówek Opitzowej)….,będzie wyprawa na jeden ze szczytów na Hoche Heide (Lesista Wielka, 851m n.p.m), gdzie kuracjusze zobaczą wielką atrakcję tych okolic: szczeliny wiatrowe…” “Siwy Lew z Królewca i pan August weszli w spór na temat pochodzenia tego fenomenu geologicznego: czy szczeliny są rezultatem procesów wulkanicznych, czy wietrzenia skał.
Komentarz autorki opracowania: Obecnie na północno – wschodnich stokach, istnieje system trzech, prostopadłych szczelin o głębokości ok. 5 metrów, powstałych na skutek erozji w tuflach porfirowych noszących nazwę szczelin wiatrowych. Powietrze wypełniające szczeliny ma przez cały rok temperaturę zbliżoną do średniej temperatury rocznej.
13. Poczta w Görbersdorfie
” Już podczas pobytu w Görbersdorfie, wracając jednego razu ze spaceru, wstąpił na pocztę i kupił kilka kart pocztowych, z których każda była inna, oraz pocztowe marki i zaczął się zastanawiać, do kogo mógłby je wysłać.”

14. Kawiarnia Albynsky’ego w Görbersdorfie
” Nie relacjonujemy kolejnego spaceru spaceru deptakiem w stronę cerkiewki albo dalej, do sanktuarium Humboldta…”.Wojnicz wiedział już, ile skrzynek pelargonii wisi przed kawiarnią Albynsky’ego, która podobno została nazwana Zum Dreimadelhaus na cześć jego córek i ile spluwaczek wypełnionych trocinami stoi przy jego drodze do kurhausu”. ” Był to przytulny lokal o ścianach wyłożonych dębową boazerią,zdobionych widokami gór, jeleni i polowań. Pachniało kawą i grzanym winem.”

15. Cerkiew

” Cerkiew, do której wybrał się po prostu po paru dniach w towarzystwie mieszkańców pensjonatu, okazała się zdumiewająco mała, wielkości kaplicy i może dlatego Wojniczowi wydawała się przytulna (apetyczna!), mimo, że ściany zostawiono nagie, drewniane, niczym nieozdobione….” ta wydała mu się elegancka i egzotyczna. Wynajęty śląski architekt starał się dopasować cerkiewkę do architektury sudeckiej…”.
Ludwikowice Kłodzkie – Sowina – Gontowa – Świerki Dolne
Powieść związana z trasą:
• Remigiusz Mróz, Projekt Riese, Poznań 2022
Riese (niem.) znaczy „olbrzym, gigant”. Tym słowem nazwali naziści swój projekt budowy w Górach Sowich i w Książu podziemnego kompleksu obejmującego kwaterę Hitlera i jego sztabu, fabryki zbrojeniowej i laboratoriów opracowujących nowe gatunki broni.
Wykuwane od 1943 roku przez więźniów obozu Gross Rosen bunkry i tunele zainspirowały najbardziej znanego współcześnie autora powieści sensacyjnych i detektywistycznych, Remigiusza Mroza, prowadzącego w postpandemicznym Projekcie Riese swoich współczesnych bohaterów tunelami (Osówka, Włodarz, Soboń, Rzeczka), w których uwięźli wskutek eksplozji oraz przez różne „bańki czasoprzestrzenne” otwierające się za sprawą tajemniczego die Glocke, dzwonu.
PROJEKT Riese Góry Sowie to pasmo górskie w Sudetach Środkowych w południowo zachodniej części Polski. Zajmują 200 km kwadratowych. Rozciągają się na długości 26 km. Tekst: Góry Sowie za Wikipedią
W czasie II wojny światowej Góry Sowie stały się areną budowlanego przedsięwzięcia, którego przeznaczenia historycy nie są pewni do dnia dzisiejszego. Po licznych nalotach na niemieckie fabryki, władze III Rzeszy postanowiły o przeniesieniu strategicznych zakładów pracujących na rzecz wojska w głąb kraju, by znalazły się one poza zasięgiem alianckich samolotów. W 1943 roku rękami więźniów z obozu koncentracyjnego Gross Rosen zaczęto drążyć podziemne korytarze w Górach Sowich. Ich liczba i ogrom wykonanych do końca wojny prac zadziwia i skłania do snucia czasami fantastycznych wizji mających na celu wyjaśnienie przeznaczenia podziemnych hal i korytarzy. Mimo że od zakończenia wojny minęło kilkadziesiąt lat, nie są znane plany budowy ani szczegóły dotyczące kompleksu Riese, bo tak nazwane zostało całe przedsięwzięcie. Tekst: Serwis Turystyczny www.naszesudety.pl.
Remigiusz Mróz w książce pt.”Projekt Riese” umiejscawia akcję w obiektach wchodzących w skład Riese. Teorie określają, że miał być to kompleks zbrojeniowy, tajne laboratorium i prace nad bombą atomową, wielki schron dla elity III Rzeszy. Bohaterów książki poznajemy 18.06.2022 roku właśnie w kompleksie Osówka. Są to: Radek Ossowski, Natasza Szatecka, Szymek Hawro, Bronia, Bartosz Rychter tj. Parker. Według Radka Ossowskiego w świetle zgromadzonych przez niego informacji między innymi z przesłuchań oficera SS Jakoba Sporenberga w Riese pracowano nad Dzwonem tj. Die Glock. Miał być to napęd antygrawitacji, który umożliwiał przenoszenie się w czasie i przestrzeni tj. do światów równoległych.
W trakcie zwiedzania atrakcji turystycznej Gór Sowich przez bohaterów książki dochodzi do dramatycznego w skutkach wydarzenia. Podczas eksplozji tuneli dochodzi do trzęsienia a stropy ulegają zawaleniu, odcinając turystów od świata i pozbawiają ich szans na ratunek. Robią wszystko by przeżyć, powoli uświadamiając sobie, że na powierzchni wydarzyło się coś, co sprawiło, że znany im świat przestał istnieć.
W wyniku podjętych działać udaje im się wydostać na powierzchnię. Z trudem przychodzi im zrozumieć, że rzeczywistość jaką znali kilka godzin wcześniej nie istnieje.
Grupa bohaterów zostaje połączona uczestnictwem w dramatycznych wydarzeniach i zdana na własne siły. Przemieszczają się po światach równoległych za pomocą tzw Dzwonu. W fabule książki pojawia się pandemia Covid -19, która wymknęła się spod kontroli. Bohaterowie po wydostaniu się z zasypanej Osówki lądują w alternatywnym świecie w rejonie miejscowości Rzeczka. Wita ich napis WSTĘP WZBRONIONY. OBSZAR ZAGROŻENIA COVID-19. GROZI ŚMIERCIĄ. Opowiadanie „Projekt Riese” to połączenie prawdy i fikcji oraz niezliczonych teorii spiskowych, których źródła są niejasne, jak pomysł nazistowskich Niemiec na wybudowanie Kompleksu „Olbrzym” w Górach Sowich. Bohaterowie podróżują po światach równoległych, z zamiarem dotarcia do tego jedynego – szczególnego, który ma zakończyć ich tułaczkę. Nie znają realiów, do których trafiają.
Odwiedzają zarówno przestrzenie barbarzyńskie i zacofane, jak i te futurystyczne i nowoczesne. Potyczki, bójki, straty i kradzieże – do tego wszystkiego muszą się posunąć aby osiągnąć cel jakim jest zdobycie skutecznej szczepionki na koronawirusa i powrót do swojego świata. Śmierć zbiera okrutne żniwo. Zdobywają szczepionkę, ale kolejny nieprzewidywalny splot wydarzeń powoduje, że dwójka bohaterów Natasza i Parker bez ich woli docierają do linii czasu 0.0.000. Wita ich dziewicza przyroda i zupełne bezludzie. Miejsca geograficzni prawdziwe w Górach Sowich przedstawione w omawianym utworze, niektóre z nich zostały wybrane do przejścia trasy V:
1. Podziemny Kompleks Gontowa – sztolnie w rejonie miejscowości Sowina, Sokolec, 2. Wieś Sowina – Sokolec na wschód od kompleksu Gontowa, 3. Kamionki wieś zwana wrotami Gór Sowich niedaleko miejscowości Pieszyce 4. Młyńsko 777m n.p.m. – zniesienie położone w północno- środkowej części pasma Gór Sowich ok,1,5 km od Wielkiej Sowy. Wzniesienie o słabo zaznaczonym szczycie. Zbocze opada w kierunku Rościszowa i Węglarza, 5. Ostra Góra 645m n.p.m. -(Spitzenberg) wzniesienie w północno zachodniej części Gór Sowich w masywie Włodarza w zakolu Walimki pomiędzy Walimiem a Rzeczką. Wzniesienie o stromych zboczach z płaskim, wyrazistym kopulastym wierzchołkiem.
Cytaty z książki Projekt Riese: – Niekoniecznie-mówię – Po drodze mijaliśmy inne, mniejsze, odchodzące w bok korytarze.
– Możliwe,że prowadziły do Sobonia lub Rzeczki-dodaje Szymek. – I nie sprawdziliście ich?
– Hawro uznał,że najlepiej iść głównym tunelem. Spodziewał się,że trafimy prosto do Osówki i…
I co? – włącza się Radek. Wymieniamy się z Szymkiem krótkimi spojrzeniami.
– Zakładałem, że jeśli gdzieś będzie wyjście, to właśnie tutaj- mówi- W tej części kompleksu były najsolidniejsze umocnienia. Soboń walił się już wcześniej, a Gontowa była zamknięta, od kiedy pamiętam.
-Idziemy do Gontowej- postanowił w końcu.
-Dokąd ?- spytała Natasza.
– Schindelberg- powiedział Hawro.
-To góra w okolicy Sokolca, gdzie znajduje się inna część kompleksu. U nas niedostępna dla zwiedzających, ale na krzywy ryj da się wejść. Trzeba tylko otworzyć kraty, które bronią wstępu do jaskiń. Same sztolnie są niedostępne.
– I dlaczego idziemy akurat tam?
– Jeśli Niemcy wysadzili wejście, to możliwe, że zostawili jedno, by istniała droga ewakuacji dla tych, którzy nie zdążyli wyjść- odparł-Na ich miejscu wybrałbym właśnie Gontową.
-Bo? – Jest daleko od zabudowań i dróg. To chyba ostatnie miejsce, do którego trafiliby alianci.
Zaczęli oczyszczać drogę, usuwając mech i krzaki, które porosły wejście do sztolni. Chwilę zajęło im połamanie i odrzucenie dostatecznej części, by mogli w końcu wyjrzeć na powierzchnię. Parker rozejrzał się wokół, na próżno starając się wypatrzeć jakąś ścieżkę. Znajdowali się w środku gęstego lasu, który w tej trajektorii z pewnością przysłużył się temu, że nigdy nie odkryto wejścia do wąskich tuneli w szczycie Gontowej.
– Gdzieś tu powinien być szlak- odezwał się Hawro- zielony prowadzi do stacji kolejowej w Świerkach a czarny do Sowiny.
– Sowina. Na wschód od kompleksu.
-Skąd przyszliście- odezwał się
– Z Gór Sowich.
– Od pojawienia się omegi epsilonu większość czasu spędziliśmy w lasach – powiedział, grając na czas.
– Znaleźliśmy opuszczoną chałupę, tam się zadekowaliśmy.. Wychodziliśmy tylko po zapasy, tak jak dzisiaj. Gdzie jest ta chałupa? A stoi na wschód od Kamionek w okolicy Młyńska.
Cała okolica przywodziła na myśl nieskażoną niczym naturę. Gdzie wyrzuciła ich anomalia? To miejsce wyglądało na Genesis.
Po sprawdzeniu okolicy uznała, że znajduje się na stokach jakiegoś wzniesienia. Jeśli wyrzuciło ich gdzieś nieopodal miejsca, z którego wyruszyli, to powinna być teraz na obrzeżach parku krajobrazowego, na zboczu Góry Ostrej.
. . .
Głuszyca – Osówka – Walim
Powieść związana z trasą:
• Remigiusz Mróz, Projekt Riese, Poznań 2022
OPIS
Riese (niem.) znaczy ‘olbrzym, gigant’. Tym słowem nazwali naziści swój projekt budowy w Górach Sowich i w Książu podziemnego kompleksu obejmującego kwaterę Hitlera i jego sztabu, fabryki zbrojeniowej i laboratoriów opracowujących nowe gatunki broni. Wykuwane od 1943 roku przez więźniów obozu Gross Rosen bunkry i tunele zainspirowały najbardziej znanego współcześnie autora powieści sensacyjnych i detektywistycznych, Remigiusza Mroza, prowadzącego w postpandemicznym Projekcie Riese swoich współczesnych bohaterów tunelami (Osówka, Włodarz, Soboń, Rzeczka), w których uwięźli wskutek eksplozji oraz przez różne „bańki czasoprzestrzenne” otwierające się za sprawą tajemniczego die Glocke, dzwonu.
Fragmenty Projektu Riese:
(– Cała konstrukcja jest żelbetowa i stanowi jedyny tak dalece wykończony fragment Riese – mówi przewodnik. – Sama Osówka, w której się znajdujemy, składa się z ponad tysiąca pięciuset metrów podziemnych korytarzy, wyrobisk, hal i bunkrów. A przynajmniej o tylu wiemy.
– Ile pozostaje nieodkrytych? – pyta starszy mężczyzna.
Znów wzruszenie ramion.
– Obawiam się, że ludzie, którzy znali odpowiedź, nigdy nie mieli okazji się nią z kimkolwiek podzielić – mówi przewodnik. – Takich kompleksów jak ten jest kilka. Być może byli państwo w innych. We Włodarzu, w Rzeczce?
[…]– Większość badaczy jest zgodna, że wszystkie te kompleksy miały być połączone w jeden ogromny, biegnący aż do podziemi Zamku Książ – dodaje przewodnik. – Część osób jest zdania, że to się udało, tyle że Niemcy zasypali przejścia.)
(Rozdzielamy się, a potem zaczynamy sprawdzać kolejne pomieszczenia w opuszczonym domu. Jeśli to przyszłość, spodziewam się znaleźć rzeczy, których przeznaczenia mogę nie odgadnąć, ale na nic takiego nie trafiam. Dochodzę do wniosku, że cokolwiek się tu wydarzyło, musiało nastąpić krótko po tym, jak weszliśmy do Riese. Cały ten teren musiał zostać zamknięty mniej więcej wtedy. Ale jak duży musiałby być lokalny wzrost zakażeń, żeby odcięto tak duży obszar? W dodatku luźno zurbanizowany, w parku krajobrazowym na południu Dolnego Śląska. Wydaje mi się to pozbawione sensu.)
(Wejście do Rzeczki było już widoczne z ulicy. Nie brakowało im wiele, problem polegał na tym, że nie znali drogi, którą mogliby w środku dostać się do die Glocke. I bez Rychtera nie było mowy o uruchomieniu urządzenia.)
Miejsca w Górach Sowich przedstawione w powieści:
1. Miasto Podziemne Osówka niedaleko miejscowości Głuszyca,
2. Kompleks Włodarz w rejonie miejscowości Walim,
3. Kompleks Rzeczka – sztolnie walimskie,
4. Kompleks Soboń – sztolnie Głuszyckie,
5. Ostra Góra 645m n.p.m. – Spitzenberg wzniesienie w północno zachodniej części Gór Sowich w masywie Włodarza w zakolu Walimki pomiędzy Walimiem a Rzeczką. Wzniesienie o stromych zboczach z płaskim, wyrazistym kopulastym wierzchołkiem.
CYTATY
– Cała konstrukcja jest żelbetowa i stanowi jedyny tak dalece wykończony fragment Rieze mowi przewodnik-Sama Osówka, w której się znajdujemy, składa się z ponad tysiąca pięciuset metrów podziemnych korytarzy, wyrobisk hal i bunkrów. A przynajmniej o tylu wiemy.
– Przyszliście tutaj aż z Włodarza?-pyta Radek. Hawro kiwa głową.
-Też myslałem, że to niemożliwe-przyznaje-ale trzęsienie odsłoniło wcześniej zasypany tunel.
– Obraca się i patrzy na rumowisko, przez które przeszliśmy.
-Okazał się dość wąski, ale drożny. Widzę, że Ossowski nie dowierza, co każe mi sądzić, że ma pewną wiedzę o tym miejscu- być może jest świadomy, że od wielu lat poszukiwano połączenia jednego kompleksu z drugim. I ostatecznie uznano je za podziemną legendę.
– Jeśli Włodarz i Osówka są połączone to możliwe,że istnieją korytarze – mówi Szymek.
-Zresztą zawsze byłem zdania, że tak jest.
– Niekoniecznie-mówię – po drodze mijaliśmy inne, mniejsze, odchodzące w bok korytarze.
– Możliwe,że prowadziły do Sobonia lub Rzeczki – dodaje Szymek.
– I nie sprawdziliście ich?
– Hawro uznał,że najlepiej iść głównym tunelem. Spodziewał się,że trafimy prosto do Osówki i…
– I co? włącza się Radek. Wymieniamy się z Szymkiem krótkimi spojrzeniami.
Zakładałem, że jeśli gdzieś będzie wyjście, to właśnie tutaj- mówi. W tej części kompleksu były najsolidniejsze umocnienia. Soboń walił się już wcześniej, a Gontowa była zamknięta, od kiedy pamiętam.
Bunkier na trasie między obozem jenieckim a sztolniami na stoku Góry Soboń

Wlot do jednej z trzech sztolni w „Kompleksie Soboń”

Bunkier materiałowy

Siłownia – obiekt położony bezpośrednio nad „Kompleksem Osówka”

Wlot do sztolni Osówka

Wyrobisko w „Kompleksie Osówka”

Wlot do „Kompleksu Rzeczka”
















































































